Ja

Księga gości
Zobacz
Dodaj

2009
maj
kwiecień
2008
lipiec
maj
2007
maj
marzec
2006
sierpień
czerwiec
kwiecień
styczeń
2005
grudzień
wrzesień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj


Inni

Wspaniałe inaczej
opowiadanie .::TRINITY::. czyli Jenny miała 16 lat...
Rain Blackheart
"Sex w Hogwarcie" Uwaga - drastyczne XD
HP i młodzieńcze uczucia
Kropka Dwukropek

Ja
Tatiana Elizabeth Britney Spritney Christina Petronela Trinity Bloom Parodyja bLoGaSkUff
Pema Graciarnia porośnięta lotosem
Takie matriksowe coś...

Inni
Skye - livejournal
Lenia
Skye
Mad
Artemis
Severus Snape dark page
Nashirah
Julka W.
Huncwotki Muszkieterki
Huncwotki
Skye

Magiczne strony
Forum Mirriel
TN fanfiction
Galeria Sandry
Mirriel Page

Czyżby rodzinka?
Elizabeth Riddle Uoooo...
Hmmm... prababcia?
Diana Riddle
Papcio XD
Prywatny blog Papcia Voldy'ego ;)


Jeśli koniecznie musisz skontaktować się z autorką tego bloga...
E-mail: trino@poczta.onet.pl
GG:2726454



Szablon

Projekt: Trino.
Zdjęcie: Artdungeon.net
Html i drobny wkład w grafikę: Carr.
O skutkach nocnego "szperania w bibliotece" - nie próbujcie tego w domu!

 

Hahah, wreszcie udało mi się dotrzymać terminu!

Z okazji pięciolecia bloga wznoszę toast kremowym i dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy wytrwali ;)

 

 

 

 

 

 

Trino rzuciła na siebie Zaklęcie Kameleona i, starając się robić jak najmniej hałasu, pchnęła lekko portret Grubej Damy, po czym wyjrzała na korytarz. Widać zarówno Filch, jak i jego kotka patrolowali akurat inną część zamku, bo wokół nie było żywej duszy. Był natomiast Krwawy Baron, który sunął powoli w powietrzu - ale na szczęście jej nie spostrzegł, bo skręcił w lewo, przepływając przez ścianę, by wreszcie zniknąć jej z oczu. Teraz było bezpiecznie. Dziewczyna powoli odchyliła obraz, starając się nie obudzić namalowanej na nim kobiety, rozpartej w fotelu i pochrapującej lekko. Przełożyła prawą nogę przez dziurę w ścianie prowadzącą na zewnątrz wieży Gryffindoru i na chwilę zamarła w tej pozycji, przygryzając wargę. W końcu powoli i jakby z wysiłkiem postawiła stopę na ziemi, po czym szybko przełożyła przez dziurę drugą nogę, zamknęła za sobą przejście, i odetchnęła ciężko. Teraz nie było już odwrotu - chcąc wrócić do dormitorium musiałaby obudzić Grubą Damę, co jednak nie byłoby szczególnie trafnym pomysłem; pozostawało więc jedynie kontynuowanie wyprawy. Ponownie sprawdzając, czy w pobliżu nie widać woźnego lub pani Norris, zaczęła ostrożnie podążać w kierunku biblioteki. Była spięta i podenerwowana - nie znosiła Zaklęcia Kameleona, zbytnio przywykła do niezawodnej peleryny-niewidki Jamesa. Ale ponieważ tej nocy - jako że nie trenowali już animagii - Huncwoci wybrali się na eskapadę po zamku w celu dokończenia mapy szkoły, o pożyczeniu artefaktu mogła tylko pomarzyć.

Przez ostatnich kilka tygodni zdążyła niemal zapomnieć, jak bardzo skrzypiały drzwi biblioteki, gdy otwierało się je nocą. Przeklinając w duchu wiecznie mającego zaległości w oliwieniu zawiasów Filcha, skierowała kroki w stronę Działu Ksiąg Zakazanych.

Jednak tam ktoś już na nią czekał - ledwo skręciła w odpowiednią alejkę, oślepiło ją światło wydobywające się z czyjejś różdżki; co gorsza, różdżka ta była skierowana mniej więcej w jej stronę.

- Kto tu jest? - spytał jej właściciel, starając się, by jego głos brzmiał pewnie. Wiedziała, że zna ten ton - a kiedy przyzwyczaiła się już do światła różdżki i zobaczyła zarys chudej postaci o haczykowatym nosie i przylizanych włosach opadających na ramiona, wszystko stało się jasne.

Zdjęła z siebie zaklęcie, ale różdżkę wciąż miała w pogotowiu - Snape także nie schował swej broni, choć zgasił już strumień światła. Dopiero po długiej chwili pełnej napięcia ciszy oboje rozluźnili się nieco i opuścili różdżki. Ślizgon skinął głową z chłodną uprzejmością i, oparłszy się o stół, przy którym siedział, zagłębił się w lekturze jakiegoś opasłego tomiszcza. Odpowiedziawszy mu tym samym, Trino podeszła do najbliższego regału i zaczęła wodzić wzrokiem po grzbietach stojących na niej książek, wciąż czując na sobie badawcze spojrzenie tłustowłosego. Starając się go ignorować, zdjęła z półki “Podstawy czarnej magii” i otworzyła na chybił trafił.

- Ta jest nic niewarta. - Trino niemal podskoczyła, słysząc cichy głos Snape’a. - Dobre książki o czarnej magii mają mniej oczywiste tytuły, żeby przeszukujący twoje zbiory aurorzy nie zwrócili na nie uwagi.

- Mniej oczywiste? - spytała, zaciekawiona. - Na przykład?

- No, na przykład “Droga do wielkości” Nivellssona. Dwie półki w prawo. Albo “Władza i potęga”, “I ty możesz tworzyć historię”, “Jak nie mieć wrogów”...

- Rzeczywiście, niezwykle subtelne aluzje - stwierdziła sarkastycznie. - O, a “Jak pokochać siebie”? - dodała, zauważywszy książkę o takowym tytule.

- To trening asertywności - odparł jej rozmówca, uśmiechając się złośliwie.

- Uch, zawsze wiedziałam, że takie książki powinny być zakazane - mruknęła, odszukując na półce “Drogę do wielkości”. Snape parsknął cicho. - Wydajesz się dobrze obeznany z tym działem.

Wzruszył ramionami, chowając różdżkę do kieszeni. Po chwili wahania ona zrobiła to samo.

- Spędziło się tu trochę nocy - rzekł.

- Więc czarna magia musi cię naprawdę ciekawić - stwierdziła Gryfonka, chcąc podtrzymać temat.

Twarz Ślizgona była maską obojętności.

- Jest o wiele bardziej pożyteczna niż włóczenie się bez sensu po zamku - odparł. Trino z zażenowaniem odkryła, że się rumieni. - Zresztą, widzę że też doszłaś do takiego wniosku. Co wywołało taką zmianę? Wcześniej wolałaś chyba zaklęcia i... transmutację?

Dziewczyna zesztywniała na moment, wstrzymując oddech. Ślizgon spojrzał na nią znacząco, jedynie utwierdzając ją w przekonaniu, że jego ostatnia uwaga nie była przypadkowa. Jedyne, co mogła w tej sytuacji zrobić, to udawać, iż niczego nie zauważyła i brnąć w mniej niebezpieczny temat.

- To nie tak jak myślisz - powiedziała na głos. - Chcę po prostu... jak to się mówi... poznać wroga.

Jej rozmówca wykrzywił wargi w uśmiechu.

- Ależ oczywiście. Ale nie zaprzeczysz chyba, że w potędze, jaką daje czarna magia, jest coś... fascynującego?

Gryfonka wzruszyła ramionami.

- Można zdobyć potęgę bez uciekania się do czarnej magii - odparła, starając się, by jej głos brzmiał pewnie. Snape uśmiechnął się kpiąco, obnażając zęby.

- Być może, ale człowiek zbyt... dobry, by parać się czarną magią, nawet jeśli do tej potęgi dojdzie, nigdy w pełni jej nie wykorzysta, dopóki będzie ograniczany przez tak zwaną... moralność. A kiedy już ją odrzuci, spokojnie może zostać czarnoksiężnikiem. Spójrz na Dumbledore’a - z takimi predyspozycjami, z taką mocą mógłby pokonać Czarnego Pana i rządzić Anglią bez tego całego Ministerstwa Magii, a co osiągnął? Siedzi w gabinecie i częstuje uczniów cukierkami.

Trino uniosła brwi.

- Cóż, wygląda na to, że nasze definicje potęgi się różnią.

Snape posłał jej uważne spojrzenie.

- Więc co tutaj robisz?

- Sądzę, że teoretyczne poznanie czarnej magii może mi pomóc w jej zwalczaniu - oznajmiła sztywno.

Znów ironiczne wykrzywienie ust. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze kpiących min miał w zanadrzu ten Ślizgon.

- Ach, tak - powiedział gładko. - Ciekawa wymówka. A gdzie chcesz ją zwalczać?

Spojrzała na niego spode łba.

- Na początek w samej sobie - warknęła. Tłustowłosy wydawał się szczerze rozbawiony.

- I może jeszcze chcesz zostać aurorem, żeby udowodnić sobie, że to zainteresowanie Mrocznymi Sztukami wynika wyłącznie z nienawiści do nich? - spytał, próbując zbić ją z pantałyku. Trino musiała przyznać przed sobą, że strzał był celny, lecz nie dała za wygraną.

- Nie, żeby udowodnić sobie, że potrafię się kontrolować - odparła spokojnie. - I że nie jestem taka jak ojciec.

Tym razem twarz jej rozmówcy wyrażała zaintrygowanie.

- No, proszę - powiedział. - Wbrew pozorom, mamy wiele wspólnego - stwierdził, ku jej zaskoczeniu. - I nie chodzi tu tylko o... zainteresowania. Oboje jesteśmy w pewnym sensie odmieńcami... nie, nie zaprzeczaj, dobrze wiesz, że tak jest... i nienawidzimy naszych ojców. - Błyskawicznym ruchem wyszarpnął różdżkę z kieszeni i wycelował ją w dziewczynę. Ta niemal równocześnie zrobiła dokładnie to samo. Snape uśmiechnął się, tym razem z zadowoleniem. - Jesteśmy czujni - rzekł. - I, jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi: gdyby nie twoja typowo gryfońska natura, świetnie nadawałabyś się do Slytherinu.

Riddle skinęła głową, uśmiechając się chłodno. Niezależnie od tego, co myślała o Domu Węża, w ustach Ślizgona takie słowa były największym komplementem.

- A jednak od pierwszej klasy toczymy ze sobą wojnę - zauważyła. Snape prychnął pogardliwie.

- No cóż, zaczęłaś się zadawać z Potterem i Blackiem...

- A ty z bandą Malfoya - odparła ze stoickim spokojem. - Chyba zdajesz sobie sprawę, że jest różnica między głupimi żartami a sianiem postrachu wśród uczniów?

- Znalazły się niewiniątka - warknął tłustowłosy. - A kto niby tysiące razy upokarzał mnie przed całą szkołą? Pamiętasz fioletowe macki?

- A ten twój cudowny halucynogenny sok z dyni? Wydawało mi się, że wszyscy wokół to dementorzy, a kiedy Pomfrey podała mi odtrutkę, myślałam, że wyrzygam sobie wnętrzności! Przez pół roku miałam po tym koszmary!

- Miło mi to słyszeć.

- Strasznie śmieszne - warknęła ze złością Trino, siadając naprzeciw niego i otwierając “Drogę do wielkości”. Przez kilka minut każde z nich było pogrążone w lekturze swojej książki.

Milczenie przerwał Snape:

- Tak sobie myślę... Skoro tak bardzo wierzysz w czystą grę... Co powiesz na mały pojedynek? - Dziewczyna przyjrzała mu się badawczo. - Nie martw się, żadnej czarnej magii. Za mało trenowałem, żeby nad nią panować. Ty możesz grać według zasad, jeśli chcesz. Ja będę po prostu... życiowy.

- Niech będzie - zgodziła się Trino, podnosząc się z miejsca. Ślizgon uczynił to samo. Po chwili stali już o kilka kroków od siebie, mierząc się wzrokiem i ściskając w dłoniach wzniesione różdżki. Dla formalności skinęli sobie niedbale głowami, nie tracąc się z oczu ani na chwilę.

Trino straciła cierpliwość jako pierwsza.

- Drętwota! - krzyknęła, machnąwszy w stronę przeciwnika. Jednak ten bez słowa odbił jej zaklęcie z taką szybością, że ledwo zdążyła zasłonić się Zaklęciem Tarczy. Przez chwilę oboje znów stali w bezruchu, po czym zaczęli powoli zataczać kręgi wokól stołu, wciąż trzymając różdżki w pogotowiu. Trino musiała przyznać, że Smarkerus całkiem nieźle opanował już uroki niewerbalne, które zwykle omawiało się dopiero na szóstym roku - miał więc nad nią przewagę.

“Zwłaszcza jeśli się nie opanujesz i nadal będziesz bez sensu wywrzaskiwać zaklęcia”, powiedział cichy głos w jej głowie.

Tym razem pierwszy uderzył Snape, wystrzeliwując niebieski promień ze swojej broni. Trino trafiła weń zaklęciem spowalniającym i uchyliła się, jednocześnie zakładając blokadę na następny lecący ku niej czar, który odbił się od osłony i pomknął w stronę jej przeciwnika. Ten szybkim ruchem różdżki stworzył tarczę, która pochłonęła czar.

- Nie najgorzej - pochwalił z miną znawcy. - Mało kto potrafi spowolnić czyjeś zaklęcie. No i szybko się uczysz. Jak widzisz, w praktyce ta wasza gryfońska... taktyka na niewiele się zdaje. Najlepiej uczyć się od węża, jak my w Slytherinie. Liczy się efekt zaskoczenia i oszczędzanie energii, dlatego dobrze jest znać zaklęcia niewerbalne i nie machać bezsensownie rękami...

- Expelliarmus! - szepnęła Trino, ledwo zauważalnie poruszając różdżką. Zaskoczony Ślizgon poszybował parę metrów do tyłu i uderzył plecami o ścianę, wypuszczając broń z ręki.

- Za dużo gadasz jak na węża - stwierdziła ironicznie, wciąż celując w przeciwnika. - Wstawaj i walcz dalej.

- Chyba cię nie doceniłem - przyznał Severus, choć uśmiechał się tajemniczo. - Ale jesteś pewna, że tego chcesz?

- Wstawaj i walcz - powtórzyła dziewczyna z naciskiem. Snape podniósł różdżkę z podłogi i strząsnął nią, wyczarowując długi czerwony promień, który cicho spłynął na ziemię niczym bicz.

- Co to jest, do jasnej cholery? - pomyślała Riddle ze złością.

- Cokolwiek to było, Ślizgon obchodził się z tym całkiem sprawnie - wystarczył porządny zamach, by czerwony promień wystrzelił w kierunku Trino.

- Protego! - szepnęła, wkładając całą energię w wyczarowanie możliwie największej tarczy. Jednak gdy promień poszybował ponad osłoną i sięgnął ku niej, zaciskając się wokół jej nadgarstka, zaskoczona dziewczyna upuściła swoją broń. Czerwony promień zniknął. Kolejny oszczędny, wystudiowany ruch różdżką wystarczył, by dziewczyna poszybowała kilka metrów w powietrzu, uderzyła plecami o ścianę i osunęła się na ziemię, upadając na bok. Severus uśmiechnął się podle, po czym podszedł do niej i posadził ją na podłodze.

- Widzisz, Riddle, władza i potęga nie polegają na samej czarnej magii, tylko na możliwościach, jakie ona daje - stwierdził z satysfakcją, przykładając różdżkę do podbródka pokonanej. - Można rzec, jesteś teraz na mojej łasce i niełasce.

- Ha, nie do końca. - Trino uśmiechnęła się kpiąco. - Nic mi nie zrobisz, bo będziesz miał kłopoty ze strony tych, którzy mają władzę nad tobą. Takiej dyrekcji chociażby.

- Może i tak - przyznał Ślizgon obojętnie. - Ale to nie przeszkodzi mi dać ci małej lekcji życia - dodał, po czym wyczarował magiczne liny, które oplotły się wokół niej, krępując jej ruchy. Riddle uniosła brwi.

- I co teraz? - spytała.

- Teraz poczekasz tu sobie do rana, aż cię ktoś znajdzie. Zauważ, że gdybyś walczyła ze śmierciożercą, byłabyś narażona na coś więcej niż upokorzenie i szlaban za włóczenie się nocą po dziale Ksiąg Zakazanych... I przemyśl sobie, czy warto być takim szlachetnym.

- Pamiętasz, co mówiłam o gadaniu? - Trino uśmiechnęła się kpiąco. - Podtrzymuję swoje stanowisko w tej sprawie.

- Więc wybacz, ale powiem jeszcze jedno - odparł, mrużąc ze złością oczy. - Nie próbuj przypadkiem uwolnić się sama, bo to nie będzie przyjemne.

Gdy drzwi biblioteki zamknęły się za Ślizgonem, dziewczyna odszukała wzrokiem swoją różdżkę i spróbowała przesunąć się bliżej niej. Ledwo się poruszyła, ostry, palący ból podrażnił jej skórę. 

- A to sukinsyn - warknęła przez zaciśnięte zęby. Starając się nie zważać na cierpienie, przesunęła się jeszcze kawałek, po czym straciła równowagę i przewróciła się na bok.

Słysząc przeciągły wrzask bólu, Severus Snape uśmiechnął się pod nosem.

- Ostrzegałem - mruknął.

 

- Właściwie mogło być gorzej - stwierdziła w duchu Trino, kiedy wlokła się po schodach prowadzących do skrzydła szpitalnego, podtrzymywana przez McGonnagal. Zawsze mogła trafić na Filcha.

- Doprawdy, Riddle, nie wiem, czy chcę wiedzieć, co wyprawiałaś w tej bibliotece - zrzędziła, choć była wyraźnie zaniepokojona. - Ani kto cię tak urządził. Wiem za to, że osobiście dopilnuję, żebyś gorzko żałowała swojej niesubordynacji. Jakby nie było, te cztery lata szlabanów za włóczenie się nocą po szkole z Potterem i jego bandą powinny cię czegoś nauczyć!

Trino uznała, że w tej sytuacji lepiej nic nie mówić.

Madame Pomfrey załamała ręce, kiedy tylko zobaczyła je wchodzące do jej przybytku.

- Na brodę Merlina, jeśli to ma być najbezpieczniejsze miesjce w kraju, to ja jestem mandragorą! Niedługo zabraknie mi miejsca! - poskarżyła się. - Co tym razem, kochana?

Profesor McGonnagal ostrożnie przekazała wciąż niepewnie trzymającą się na nogach Trino w ręce pielęgniarki.

- Wygląda mi to na Więzy Perylidusa, Poppy - stwierdziła. - Leżała w bibliotece, cała nimi owinięta.

- Jak długo?

- Kilka minut - jęknęła Riddle przez zaciśnięte zęby.

- Szczęście, że znalazłaś ją tak szybko, Minnie - zawyrokowała pani Pomfrey, dokładnie oglądając oparzenia na nadgarstkach Trino. - Inaczej mogłoby być kiepsko, a tak wyjdzie z tego za jakieś trzy, cztery dni, skoro zdołała się tu dowlec.

- Szczęście, że ma zdrowe płuca - mruknęła profesorka. - Twój wrzask mógłby obudzić umarłego, Riddle. Na razie dam ci dojść do siebie, ale wiedz, że musisz wyjaśnić mi parę rzeczy - powiedziała, po czym skierowała się do wyjścia. - A, i szybkiego powrotu do zdrowia.

- Chodź, kochana, muszę cię dokładniej obejrzeć - powiedziała łagodnie pielęgniarka. - Gdzie jeszcze masz te oparzenia?

Dziewczyna przeanalizowała w myślach części swojego ciała.

- Wszędzie?

 

- O rany, wyglądasz fatalnie! - zmartwiła się Lily, wkładając kwiaty do wazonu. Amelia usiadła na brzegu łóżka i, upewniwszy się, że w pani Pomfrey nie ma w pobliżu, zaczęła upychać przyniesione przez siebie słodycze w szafce nocnej.

- Dzięki za komplement - mruknęła Trino, poprawiając się na łóżku. Rudowłosa przysunęła sobie krzesło.

- Boli cię jeszcze? - chciała wiedzieć Amelia. Riddle skrzywiła się nieco.

- Bywało lepiej - stwierdziła. - Ale i tak się poprawiło. Pomfrey mówi, że pojutrze powinnam już normalnie funkcjonować.

- Całe szczęście. - powiedziała z ulgą Lily. - Jak to właściwie się stało?

- Tak mówiąc w skrócie, to wybrałam się na wycieczkę do biblioteki, gdzie spotkałam twojego tłustowłosego przyjaciela - odparła Trino obojętnie, przyglądając się swoim paznokciom. - Nawiązaliśmy całkiem kulturalną rozmowę, a potem on zaproponował mi mały sprawdzian naszych umiejętności. I wygrałabym, gdybym nie  pozwoliła mu podnieść różdżki. A potem on mnie załatwił i postanowił dać mi małą lekcję życia. W pewnym sensie mi się należało za ten ostatni numer, który wykręciłam mu z chłopakami. Tyle.

Rudowłosa była zszokowana.

- Więc Severus...?

- No, chyba od początku było jasne, że żaden z niego świętoszek, prawda? - wtrąciła się Amelia. Przyjaciółka spojrzała na nią z wyrzutem.

- Powiem ci szczerze, Lily - westchnęła Trino - że on nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem. Oczywiście, zrobisz co zechcesz - dodała, widząc minę zielonookiej - ale musisz wiedzieć, że... Snape para się czarną magią, i to nie na zasadzie chwilowej zachcianki. Praktycznie sam mi się przyznał. No, tobie krzywdy na pewno nie zrobi, ale nie wiadomo, co z tego wszystkiego wyniknie. Chyba że masz na niego tak duży wpływ, że jesteś w stanie go z tego wyciągnąć.

Lily wyglądała, jakby doznała szoku.

- Nie chce mi się wierzyć - przyznała. - To... to straszne. Ja... przepraszam, muszę iść - powiedziała nagle, zrywając się z miejsca i wychodząc ze skrzydła szpitalnego ze zdeterminowanym wyrazem twarzy.

- Szlag, głupio to wyszło - mruknęła Trino po chwili. Amelia wzruszyła ramionami.

- Dobrze, że jej powiedziałaś - zawyrokowała, choć minę miała nietęgą. - Wszyscy wiedzieliśmy, że Smarkerus to wredny dupek, ale że aż tak... Myślisz, że powinnam za nią iść?

- Nie sądzę, żeby chciała kogokolwiek widzieć.

- Też mi się nie wydaje. Słuchaj, czy jest coś, co mogłybyśmy jeszcze dla ciebie zrobić? Przysłać ci coś... a może kogoś? - Brunetka uśmiechnęła się zaczepnie, jednak celnie rzucona poduszka starła jej złośliwy grymas z twarzy. - To ja już pójdę, robi się późno - powiedziała szybko, wstając z łóżka. - A zapowiada się bezchmurna noc. I zbliża się pełnia, niebo będzie w sam raz do obserwacji.

- No, to leć już i daj mi znać, jak Mars będzie jasno płonął albo coś. - Riddle wyszczerzyła zęby. Amelia roześmiała się i wyszła, machając przyjaciółce na pożegnanie.

Zbliża się pełnia...

Trino westchnęła, dokonawszy kilku podstawowych obliczeń.

Już jutro. A jej nie będzie przy jej bracie.

 

- I co tam, siostro? - zagadnął wesoło Syriusz, wychylając się zza parawanu oddzielającego łóżko Trino od jej sąsiada. - Żyjesz jeszcze?

- Już dogorywam - odparła, uśmiechając się lekko.

- A zostawisz mi w spadku swoją kolekcję łajnobomb? - spytał, gdy wszyscy Huncwoci usadowili się już wokół jej łóżka.

- Chyba żartujesz, chcę być z nimi pochowana!

- Uuu... - James skrzywił się nieco. - Chcesz, żeby ten zapaszek ciągnął się za tobą do zaświatów?

Cała piątka roześmiała się serdecznie. Syriusz poklepał przyjaciółkę po ramieniu, na co ta syknęła z bólu.

- Właśnie, co tak właściwie ci jest? - zaniepokoił się Remus. - Pytaliśmy McGonnagal, powiedziała, że dostałaś jakimś paskudnym zaklęciem...

Trino westchnęła i podwinęła rękaw piżamy, odsłaniając szkarłatne pręgi na przedramieniu.

- Smarkerus - powiedziała.

- Ale jak, kiedy? - chciał wiedzieć James. Dziewczyna westchnęła ponownie.

- Pamiętacie, kiedy mówiłam wam, że zamierzam dowiedzieć się czegoś o teorii czarnej magii, żeby poznać lepsze sposoby obrony? - Huncwoci przytaknęli. - Wczoraj w nocy uznałam, że czas zacząć wcielać ten zamiar w życie, więc poszłam do biblioteki...

 

- A to sukinsyn - warknął Syriusz, gdy Trino skończyła swoją opowieść. - Niech go tylko spotkam...

- Zabraniam ci cokolwiek robić! - zaprotestowała dziewczyna.

- Właśnie, my też. - James uniósł brew. - Chyba nie sądzisz, że pozwolimy ci mścić się bez nas?

- Popieram - zgodził się Remus. - Snape nie może pozostać bezkarny, ale nikt nie będzie dokonywał zemsty w pojedynkę - oświadczył. Nawet Peter skinął głową, a na jego twarzy malowało się zdecydowanie.

- Przestańcie! - krzyknęła Trino. Huncwoci spojrzeli na nią w osłupieniu. - Dajcie spokój - dodała ciszej. - Nie warto.

- Jak to, nie warto? - spytał Syriusz. - Jesteś naszą siostrą. Nikomu nie pozwolimy cię skrzywdzić.

- To nie jest rozwiązanie.

- A jakie inne rozwiązanie widzisz? Nic nie robić, żeby ten dupek pomyślał, że się go boimy?

- Uspokoić emocje, obmyślić subtelniejszą formę odwetu i poczekać na własciwy moment.

- Czy takie postępowanie jest godne Gryfona?

- Nie wiem, ale na pewno jest mądrzejsze niż urywanie dupkowi łba przy całej szkole. Obiecajcie mi, że nie zrobicie nic głupiego...

Huncwoci spojrzeli po sobie.

- Obiecajcie! - nalegała dziewczyna.

- Niech ci będzie - westchnął James. - Słowo Huncwotów.

 

- Ekhem... no, cześć - powiedział jakiś zakłopotany głos. Trino otworzyła oczy i natychmiast pożałowała, że tego dnia się nie czesała.

- Cz-cześć, Sam - wykrztusiła, nerwowo wygładzając sobie piżamę i przeczesując palcami włosy. - Przepraszam, taka jestem, no...

- Wyglądasz świetnie - zapewnił szybko, czerwieniąc się. Zapadła chwila niezręcznej ciszy, bowiem żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć.

- No, tego... - zająknął się chłopak. - Przyniosłem ci kwiaty! - powiedział z ulgą, szczęśliwy, że znalazł nowy temat do rozmowy. Upychając je w wyczarowanym przez siebie wazonie, przewrócił ten z tulipanami przyniesionymi przez Lily. - O, nie, przepraszam... - jęknął, machnięciem różdżki usuwając rozlaną wodę.

Kiedy wszystko było już posprzątane, Sam usiadł na krześle obok łóżka Trino i zapytał:

- Jak się czujesz?

- Bywało gorzej - odparła, uśmiechając się nerwowo. - Niedługo powinnam stąd wyjść.

- A, to... to dobrze - stwierdził. Nastała kolejna już chwila kłopotliwej ciszy. Tym razem przerwała ją Riddle:

- Byłeś świetny w ostatnim meczu - powiedziała, wpatrując się w swoje paznokcie. Było to oczywistą bzdurą, bowiem ów mecz zakończył się absolutnym zmiażdżeniem Hufflepuffu przez Krukonów, jednak w obecnej sytuacji wydawało się to nie mieć absolutnie żadnego znaczenia dla Sama, który ostatecznie przybrał kolor dojrzałego pomidora. 

- A tak w ogóle... co ci się stało? - spytał po chwili. Dziewczyna westchnęła, po czym po raz kolejny opowiedziała o całym zajściu z ostatniej nocy - choć znacznie bardziej ogólnikowo niż Huncwotom, zwłaszcza w kwestii “zgłębiania teorii czarnej magii”, które nagle przeistoczyło się w najzwyklejsze “szperanie w bibliotece”.

- Co za drań - oburzył się Sam. - Mam mu przyłożyć? - zaproponował.

- Daj spokój - żachnęła się dziewczyna. - Jeszcze będziesz miał przez to kłopoty. A poza tym, chcę żeby z gościa jeszcze coś zostało, kiedy ja go dorwę - dodała, szczerząc zęby. - A, i dzięki za kwiaty. Są śliczne. - Gryfonka uśmiechnęła się z zakłopotaniem. W tej konkretnej chwili fakt, że nie znosiła herbacianych róż, jakoś nieszczególnie ją obchodził.

- Nie tak jak ty - zapewnił, po czym zrobił taką minę, jakby nie wierzył, że właśnie to powiedział. Po raz trzeci zapadła niezręczna cisza. Chwilę potem nadeszła pani Pomfrey, niosąc lekarstwa dla Trino. Widząc rumieńce na twarzach obojga, miała już wmusić w nich porcję eliksiru przeciw gorączce, kiedy do głosu doszła jej kobieca intuicja, która kazała jej dyskretnie się ulotnić.

 

Francesco, chowając za plecami bukiecik wrzosów, wyłonił się nagle zza parawanu.

- Niespodzianka! - zawołał wesoło, nim zdążył zorientować się w sytuacji. - Znaczy... no... - zająknął się, gdy Trino i Sam podskoczyli na swoich miejscach, wyglądając na mocno zakłopotanych. - Tego... Cześć?

- O, cześć, Franc - przywitała się dziewczyna, starając się nadać głosowi naturalny, rozluźniony ton. - Co to, dzień odwiedzin? Wszyscy dzisiaj się schodzą... - Włoch podszedł do niej i pocałował ją w policzek, wręczając kwiaty. Francesco z lekkim zdziwieniem zauważył, że serce zabiło mu nieco szybciej, gdy przyjaciółka uśmiechnęła się do niego serdecznie. Jednocześnie nie umknęło jego uwadze, że jej gość wyraźnie zesztywniał.

- Dobrze wiedzieć, że żyjesz - zażartował. - A twój... przyjaciel to...?

- Ach, no tak - zreflektowała się Trino. - Franc, poznaj Sama Robertsona z Hufflepuffu. Sam, to Francesco Rovanelli z...

- Ravenclawu - wtrącił ozięble Puchon. - Spotkaliśmy się wcześniej na boisku. Gratuluję udanego meczu.

- Dziękuję - odparł Francesco z nieco wymuszoną uprzejmością.

- Przyjaciele mówili mi, że nieźle sobie poczynałeś - ciągnął dalej Sam. - Niestety, dzięki twojej celności muszę wierzyć im na słowo.

Zapadła chwila zdecydowanie najbardziej niezręcznej tego dnia ciszy.

- Zawsze powtarzałam, że jest niebezpieczny z tym swoim południowym temperamentem. - Trino dość nieudolnie usiłowała rozładować sytuację. - Ale w końcu to tylko sport, więc nie ma o co się gniewać, prawda?

Francesco już miał śmiertelnie się obrazić - w końcu dla każdego prawdziwego Włocha quidditch był... to znaczy, religia była prawie tak ważna jak quidditch - gdy wtem Puchon odparł chłodno:

- Tak, chyba tak. Wiecie, nie chcę wam przeszkadzać. Lepiej będzie jak już pójdę. Do zobaczenia, Trino.

- Też tak myślę - stwierdził, dość formalnie skinąwszy głową.

- Ale... - Dziewczyna usiłowała zaprotestować, jednak Sam zmierzał już w kierunku drzwi.

- Więc to jest ten twój Sam. - Francesco za wszelką cenę usiłował nadać głosowi względnie obojętny ton. - Nie podoba mi się.

Trino prychnęła, urażona opinią przyjaciela.

- Nic nie poradzę na to, że nie gustujesz w niebieskookich blondynach.

- Nie o to chodzi - żachnął się Włoch. - On po prostu... po prostu...

- Po prostu co?

“Po prostu się do ciebie bezczelnie przystawia”, pomyślał.

A głośno powiedział:

- Mam tylko takie dziwne przeczucie, że wywinie ci jakiś numer. Nie chcę, żebyś przez niego cierpiała.

Dziewczyna westchnęła.

- To miłe, że się o mnie martwisz, ale pozwól mi samej wybrać, dobra?

- Tak, masz rację - mruknął bez przekonania. - Ale gdyby moje przeczucie się sprawdziło, daj mi znać, a Sam Robertson nauczy się, żeby więcej cię nie krzywdzić, zgoda? - dodał, uśmiechając się zawadiacko.

- Nie wiedziałam, że aż taki z ciebie mafioso - roześmiała się. Francesco odetchnął cicho - udało się uniknąć sprzeczki.

- To zgadzasz się? - nalegał, wciąż szeroko uśmiechnięty, choć mówił śmiertelnie poważnie.

Trino uniosła brew.

- Si, padrino - odparła, puszczając doń perskie oko.

- A mogę dokonać krwawej zemsty na tym skurwielu Snapie? - spytał, robiąc minę bezdomnego psa. - Syriusz i James wszystko mi opowiedzieli - wyznał, widząc jej zdziwienie. - To jak będzie?

- Ani mi się waż! - powiedziała Gryfonka. - Już ja znam te twoje krwawe zemsty! Narobisz sobie kłopotów, cudem uninkniesz wywalenia ze szkoły na rok przed owutemami, a Smarkerus... jeśli zrobił mi to bez wyraźnego powodu, to do czego będzie zdolny, kiedy go zaatakujesz?

- Nic mi nie zrobi, będzie trząsł portkami przed starym Dumblem - odparł lekceważąco. - Zresztą nie powiesz mi chyba, że ma się czuć bezkarnie? Mamy się go teraz bać, bo zna kilka nieczystych zagrywek? Ile razy ty i Huncwoci robiliście z niego miazgę? Ile razy był upokarzany na oczach całej szkoły?

- Może to było już o jeden raz za dużo - mruknęła Trino, spuszczając wzrok.

- I co, mamy udawać, że nic się nie stało, bo postanowił skorzystać z tej swojej nadprogramowej wiedzy? Już ja bym go nauczył...

- Francesco! Zabraniam ci!

- No, dobra - mruknął niechętnie. - Zostawię drania w spokoju - obiecał, krzyżując palce pod jej łóżkiem.

 

 

“Dlaczego, kurwa, dlaczego to się zawsze tak kończy?!” - pomyślał z rozpaczą Syriusz, mijając niewielką grupkę rozchichotanych, trzepoczących rzęsami dziewczyn. Jedna z nich, Vanessa Hurst, posłała mu czułego całusa, wołając: “Pa pa, mój misiaczku!”.

Co one wszystkie sobie wyobrażają? Prawie każda z którą kiedykolwiek się umówił, po jednej, często zresztą średnio udanej randce (podczas których większość z nich raczyła go głównie babskimi ploteczkami) uważała się za jego “oficjalną dziewczynę” (cokolwiek to miało znaczyć) i oczekiwała, że będą razem już na wieki wieków, wezmą pieprzony ślub i takie tam. Przynajmniej tak się zachowywały. I te wszystkie przezwiska! Niezależnie od tego co myślał o swojej rodzinie, był cholernym dziedzicem pieprzonego rodu Blacków i miał już dosyć bycia nazywanym mianem dowolnego zwierzęcia domowego lub wiejskiego, które akurat przyszło do głowy jego samozwańczej oblubienicy - ze Świnką i Króliczkiem włącznie. Na Merlina, Króliczkiem to mogą nazywać jego zasranego brata, a on, jeśli ma już  być kojarzony ze zwierzęciem, jest psem! Nie, kurwa, Pieskiem, Pieseczkiem czy innym Piesiuńciem, ale psem!

Uciekając przed wypełniającym piętro chichotem, zbiegł po schodach i miał już skręcić w korytarz prowadzący do wyjścia na błonia, gdy usłyszał znajomy głos:

- Black, czekaj!

Syriusz obejrzał się przez ramię, by ujrzeć spieszącego ku niemu, jak często nazywał go w myślach, Makaroniarza. Zaczepiony sapnął ze zniecierpliwieniem, ale przystanął, pozwalając się dogonić Rovanelliemu.

- Czego chcesz? - burknął niechętnie, splatając przed sobą ręce. Ten knypek nie podobał mu się od dnia, w którym go spotkał. Podejrzanie często kręcił się wokół jego siostry.

- Wiem, że ja i twoja paczka nigdy nie byliśmy kumplami... - zaczął Włoch, ignorując nieprzyjazny gest rozmówcy. Black parsknął śmiechem.

- Dobrze powiedziane - rzekł z przekąsem. Francesco jedynie przewrócił oczami.

- Ale chyba się zgodzisz, że tym razem ten parszywy mały Ślizgon przesadził i należy mu się nauczka - wyjaśnił. Syriusz uniósł brew. Czyżby Makaroniarz chciał do siebie przekonać Huncwotów?

- Do czego zmierzasz? - zapytał z powątpiewaniem.

- Proponuję wspólną zemstę - odparł tamten. - W końcu w tej sprawie jesteśmy sprzymierzeńcami - dodał. Black przyjrzał mu się podejrzliwie. “Co tak go nagle naszło na integrację?”, pomyślał.

- A ty chcesz się mścić, bo...?

- Bo mnie też zależy na Trino, tak samo jak wam.

- Zaraz, zaraz, koleś. - Syriusz wziął się pod boki, robiąc, jak miał nadzieję, groźną minę. - W jaki sposób ci na niej zależy?

- No... - Włoch zawahał się na chwilę. W jego wzroku widać było zdziwienie. - Jesteśmy przyjaciółmi - odparł szybko. Gryfon spojrzał nań z powątpiewaniem.

- Słuchaj no, Rovanelli - powiedział ostro, celując palcem w pierś rozmówcy. - Ja i, jak to ująłeś, moja paczka, znamy ją od pierwszego dnia szkoły. Jesteśmy dla niej jak bracia, a ona jest naszą siostrą i nie pozwolimy jej skrzywdzić nikomu. Mówię to, żebyś uważał, gdyby zaczęło ci na niej zależeć w inny sposób.

Tym razem Makaroniarz nie dał się zbić z tropu.

- Skoro już o tym mowa, to zamiast stać i wytykać mnie palcem, mógłbyś mieć oko na tego całego Robertsona, jeśli tak dbasz o swoją siostrę - warknął, patrząc spode łba. Syriusz, chcąc nie chcąc, nie mógł nie przyznać mu racji, choć za nic nie powiedziałby tego głośno. Pan Przyjemniaczek był nawet jeszcze bardziej podejrzany od Makaroniarza. - Ale wracając do tematu...

- W zasadzie opracowałem już plan zemsty - przerwał mu Gryfon lekceważącym tonem. - Genialny w swojej prostocie, mówiąc bez fałszywej skromności. Smarkerus będzie się miał z pyszna.

- Co to za plan? - chciał wiedzieć Krukon. Jego upór zaczynał już naprawdę denerwować Syriusza.

- Jakby ci to... - zawahał się. - Gdybym ci powiedział, musiałbym cię zabić - dokończył, uśmiechając się kpiąco. Francesco wydął wargi i uniósł brwi z powątpiewaniem, ale widać zrozumiał, o co chodziło, bo odparł bez cienia żalu:

- Cóż, w takim razie obmyślę własną zemstę.

- Ha, im gorzej dla Smarka, tym lepiej - ucieszył się Black. - Powodzenia - powiedział szczerze, choć zaraz potem dodał:

- Przyda ci się, bo mój plan i tak będzie lepszy.

Rovanelli przyjrzał mu się badawczo.

- Chcesz się założyć? - spytał, podając mu rękę. Syriusz uścisnął ją ochoczo, uśmiechając się perfidnie.

- Przegrany nie umówi się z Trin aż do balu noworocznego - zawyrokował. Włoch zmarszczył brwi, patrząc nań podejrzliwie.

- Przed chwilą twierdziłeś, że jesteś jej bratem! - powiedział ze złością. Gryfon roześmiał się złośliwie.

- Owszem - odparł. - Ale to ty przegrasz.

 

Pozdrawiam

Trino


trino-riddle 2009-05-03 20:57:35
skomentuj (6)
Wielkie Zmiany, WIelkie Tragedie :P


UWAGA! To nie atrapa! to naprawdę nowa notka!

Jak wszyscy zdążyli już zapomnieć (okej, głównie z mojej winy), notka poprzednia jest kontynuacją tej dzisiejszej. Krótko mówiąc, dziś w ramach wielkanocnego prezentu dostajecie sceny z wakacji pomiędzy czwartym a piątym rokiem Trino w Hogwarcie... Jak wskazuje tytuł, dowiecie się między innymi o Wielkich Zmianach w jej życiu... a tak dokładniej to jednej XD
Okej, wybaczcie. Prawie cały dzień spędziłam na pisaniu i mózg mi się zlasował.

Nie uważam tego za mój najlepszy tfu!r, ani za jeden z lepszych, ani nawet za bardzo dobry. Czy może być, nie wiem. Sami oceńcie. Jeżeli okaże się, że komuś zechce się przypomnieć sobie o tym czymś i przeczyta dzisiejszą część, to nowa może być już niebawem, gdyż jest praktycznie gotowa.

Chciałabym jeszcze ogłosić, że z przyczyn różnorakich zawieszam współpracę ze Skye na czas nieokreślony (ale i tak Cię kocham :P). Oznacza to, że tfu!r przez jakiś czas nie będzie betowany. Mam nadzieję, że to zanadto nie odbije się na jego jakości.

Cóż... miłej lektury.



Trino Riddle otworzyła sennie jedno oko, po czym natychmiast je zamknęła. Słońce świecące jej w okna od dobrych dwudziestu minut skutecznie powstrzymywało ją przed ponownym zapadnięciem w sen, a teraz udało mu się jeszcze ją oślepić. Z drugiej strony, zaciągnięcie zasłon, które mogłoby ją odgrodzić od niechcianego gościa, wymagałoby dźwignięcia się z łóżka...

Po paru minutach typowych porannych rozważań dziewczyna zdecydowała, że i tak już nie zaśnie. Usiadła z trudem na łóżku i potarła dłonią oczy. Rzut oka na wiszący na ścianie kalendarz uświadomił ją, że jest czwartek. Dziwne, była pewna, że to dopiero wtorek... Cóż, kiedy wszystkie dni wyglądają tak samo, nie trudno o pomyłkę.

Czas zrobić coś nowego - zawyrokowała. - Pytanie tylko: co?

- Wiesz, Canis - mruknęła po chwili do psa wylegującego się na dywaniku przy łóżku. - Wpadł mi do głowy dziwny pomysł...

 

 

Trin,

Dzięki za ostatni list. Jak słusznie się domyślasz, spędzam wakacje w cudownej, sielskiej atmosferze.

Oczywiście, w trakcie roku szkolnego matka wyrzuciła z mojego pokoju tyle gryfońskich akcentów, ile tylko zdołała. Udało jej się nawet zdjąć ten boski transparent od Jenny - a głowę dałbym sobie uciąć, że dobrze rzuciłem to pieprzone zaklęcie... Pewnie więcej nie zobaczę tego cuda - o ile wiem, Stworek już dość dawno go zniszczył.

Jakby tego było mało, moje urocze kuzynki znów wpadły w odwiedziny, wyobrażasz to sobie? Towarzyszy im oczywiście nasz kochany Lucjusz Malfoy, który korzysta z każdej okazji, by podlizać się ojcu (pewnie szuka ciepłej posadki w Ministerstwie). Żebyś widziała, jak wraz z Narcyzą i Bellatrix zachwyca się Regulusem! Mnie na szczęście zdają się nie zauważać (przynajmniej mam względny spokój), zresztą sam staram się nie rzucać w oczy. Większość czasu spędzam gadając z Andromedą, więc oboje nareszcie mamy szansę na rozmowę z kimś normalnym. Naprawdę mi jej żal - przy jej siostrach Króliczek jest śmiesznie niegroźny.

Ale dość o moich kłopotach - co u Ciebie? Mam nadzieję, że Ty bawisz się lepiej niż ja. No i co z Canis? Z tego co pamiętam, Twoja babcia nie była zachwycona pomysłem przyjęcia jej do siebie...

Trzymaj się!

Syriusz

 

Hej!

Stary, pozazdrościć doborowego towarzystwa! Nie ma to jak po dziesięciu miesiącach użerania się ze starym Trujakiem, Rictusową i Smarkerusem zażywać słonecznych kąpieli w towarzystwie młodocianych śmierciożerców. Ale nie zamieniłabym się z Tobą, hehe. Wyrazy współczucia. Jeśli to w jakiś sposób poprawi Ci nastrój (jasne...), to powiem tylko, że szkoła już niebawem.

“Nie była zachwycona”? Pozwól sobie przypomnieć, że groziła mi wyrzuceniem z domu! Widocznie od Bożego Narodzenia dziadek zdołał ją jednak przekonać, bo kiedy odbierała mnie z dworca, zachowywała się tylko trochę oschlej niż zwykle.

A potem zdarzył się cud.

Canis wystarczył tydzień, żeby owinąć ją sobie wokół pal... no, łapy. To znaczy, babcia oczywiście nie stała się nagle jakaś straszliwie wylewna, ale widać, że ją polubiła. Od czasu do czasu to ona wychodzi z Canis na spacer, a nawet zdarza jej się podrapać ją za uszami. Coraz częściej łapię się na tym, że jestem o to zazdrosna. Nie wiem tylko, czy bardziej boli mnie, że babcia polubiła Canis, czy to, że Canis polubiła babcię. 

Właściwie, może i dobrze się stało - przynajmniej mam pewność, że będą się dogadywać, kiedy wrócę do Hogwartu (mówiłam Wam chyba, że to nasze kochane, wielkie bydlę jest już zbyt duże, żebym mogła zabrać je ze sobą? Niestety - przepisy jakie są, każdy widzi i nawet Dumbleodre nie może nic zrobić!).

Może mi się wydaje, ale ostatnio i moje stosunki z babcią układają się trochę lepiej. Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy potrafiły normalnie porozmawiać.

No, to tyle ode mnie. Oczekuję szczegółowych raportów z poczynań Twoich uroczych kuzynek! I nie daj się Malfoyowi!

Trino

 

Francesco Trinae salutem dicit*

S.t.v.b.e.e.v.

Zastanawiałaś się kiedyś nad karierą wróźbitki? Bo jesteś całkiem dobra w przepowiadaniu przyszłości.

Emily ostatecznie mnie rzuciła.

No, śmiało. Kopnij leżącego i powiedz: “a nie mówiłam?”.

Franc

 

Trino zaklęła głośno i przeczesała palcami czuprynę. Każdy list od Francesca krótszy niż na stopę był wskazówką, że coś jest nie tak. Te kilka niedbale nabazgranych zdań świadczyło o tym, że było bardzo nie tak. Nie namyślając się, pobiegła do kuchni. Rozpaliwszy ogień w kominku, wzięła garść proszku Fiuu z miseczki stojącej na gzymsie i uklękła. Teraz wystarczyło tylko dokładnie wypowiedzieć adres, rozsypać proszek i wsunąć głowę w płomienie.

W przestronnym salonie rodziny Rovanellich na pierwszy rzut oka nikogo nie było. Dopiero po chwili zza oparcia kanapy wychyliła się jakaś dziewczyna; nieznajoma miała długie, czarne włosy, piwne oczy i rysy twarzy, które utwierdzały Trino w przekonaniu, że oto ma przed sobą siostrę Franca - zapewne nieco młodszą.

- Cześć - zagadnęła Riddle. - Jestem Trino, przyjaciółka Francesca. Zastałam go w domu?

Dziewczyna podniosła się z kanapy, uśmiechając się niezręcznie.

- Vittoria - przedstawiła się. - Słuchaj, nie chcę być niemiła, ale mój brat nie chce z nikim rozmawiać od kiedy... no...

- Tak, wiem o co chodzi - przerwała jej Trino. - Właśnie dlatego tu jestem. Martwię się o niego - wyjaśniła. Vittoria wzruszyła ramionami.

- On i tak do ciebie nie zejdzie. Nie rusza się z pokoju od prawie tygodnia.

- Cóż, nie przyszła góra do Merlina...

- I nikogo nie wpuszcza - dodała brunetka. Jej rozmówczyni uniosła brew.

- Ha! Niech tylko spróbuje mnie zatrzymać. Zaraz będę, dobrze? Zostawię tylko w domu kartkę, że wychodzę.

- No... jak chcesz. - Vittoria nadal nie była do końca przekonana.

 

Riddle zapukała do drzwi.

- Franc, to ja, Trino! Wpuść mnie!

- Odejdź - odparł przyjaciel ponuro.

- Nie łudź się, nie pójdę sobie dopóki mnie nie wpuścisz!

- Nie potrzebuję twojej litości.

Trino sapnęła ze zniecierpliwienia.

- Za chwilę nie będę chciała tam wejść, żeby się nad tobą litować, tylko żeby skopać ci tyłek za głupie odzywki! - wrzasnęła, szarpiąc za klamkę. - Otworzysz, czy mam zrobić użytek z różdżki?

- To nie było zbyt dyplomatyczne - szepnęła Vittoria, ale Gryfonka nie zwróciła na nią uwagi.

- Francesco Rovanelli! - Znów szarpnięcie. - Albo natychmiast otworzysz te pieprzone drzwi, albo przysięgam, że zacznę śpiewać!

Pełna grozy cisza spadła na dom rodziny Rovanellich niczym zwały bawełnianej przędzy.

- Nie zrobisz tego - odparł po chwili Francesco. Nawet przez grube drzwi można było wyczuć, że nie był tego taki pewny.

- Chcesz się założyć? - Trino zrobiła zadowoloną minę. Wiedziała, że już wygrała. - Mam nadzieję, że lubisz Celestynę Warwick...

Rozległ się cichy szczęk zamka i drzwi do pokoju Franca uchyliły się nieco. Vittoria spojrzała na blondynkę z uznaniem, gdy ta znikała we wnętrzu twierdzy jej brata.

- Pozwolisz, że pogadam z nim na osobności? - spytała tylko tamta, oglądając się na nią przez ramię. Włoszka skinęła głową, po chwili jednak odwróciła się na pięcie i pobiegła do siebie, po swoją nowiutką parę Gumowych Uszu. Po prostu musiała się dowiedzieć, kim tamta dziewczyna naprawdę była dla Francesca.

 

- Uch, wietrzysz tu czasem? - spytała Trino, po omacku szukając okna. Dopiero kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do panującej w pokoju Franca ciemności, udało jej się wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. - I zmieniłeś się w wampira, że żyjesz w takim mroku?

Dopiero kiedy rozsunęła zasłony i odwróciła się od okna, spostrzegła, w jak potwornym chaosie pogrążone było królestwo jej przyjaciela. Na biurku piętrzyły się stosy brudnych talerzy, podłoga zasłana była książkami, przyborami szkolnymi i elementami garderoby, a pośrodku tego stało łóżko, w którym - pół leżąc, pół siedząc - tkwił Francesco. Twarz miał zmizerniałą, jego włosy zapewne nie widziały grzebienia od tygodnia, zaś skóra, zwykle w oliwkowym odcieniu, wyraźnie zszarzała - przez co faktycznie wyglądał nieco jak wampir. Mina, jaką w tamtej chwili prezentował światu, byla dość głupia, a pierwsze słowa, jakie wypowiedział, brzmiały:

- Trin... co ty masz na głowie?!

 

- Nigdzie nie wychodzę! - protestował Francesco.

- Oczywiście, że wychodzisz! - Trino była już naprawdę rozeźlona, a ośli upór przyjaciela bynajmniej nie poprawiał jej nastroju. - Nie mam zamiaru pozwolić, żeby pożarły cię bakterie z tych oto brudnych talerzy, które zdążyły już pewnie wymyślić koło i szczepionkę przeciw płynowi do naczyń, ani żebyś spędził resztę wakacji jak jakiś pustelnik. Pójdziesz po dobroci, czy mam cię wyciągnąć siłą?

- Niech ci będzie - odparł zrezygnowany Włoch. - Jeśli cię to w jakiś pokrętny sposób uszczęśliwi, to pójdę. Ale jeżeli mam wygrzebać się spod tej kołdry, najpierw ty musisz wyjść. Albo przynajmniej się odwrócić.

- Eeee... a to dlaczego?

- Hmmm... bo nie mam spodni?

 

Vittoria czmychnęła do swojego pokoju na kilka sekund przed tym, jak drzwi do pokoju jej brata otworzyły się po raz drugi. Chowając Gumowe Uszy pod łóżkiem, pobieżnie przeanalizowała fakty. No dobra, on jeszcze kilka dni temu miał dziewczynę... Z drugiej strony, od kiedy ta cała Emily postanowiła zerwać znajomość, Franc wpuszczał do pokoju tylko mamę, i to tylko po to, żeby przynosiła mu posiłki. A apetyt miał jeszcze większy niż zwykle, tak swoją drogą.

- Eee, chyba nic z tego nie będzie - zawyrokowała po chwili. - Kazał jej się odwrócić.

 

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Co prawda korony gęsto rosnących drzew przepuszczały jeszcze ostatnie nieśmiałe promyczki, dzięki którym w parku wciąż było w miarę widno, jednak wieczorny chłód zaczął już pomału wyganiać zmarzniętych spacerowiczów.

Francesco zatrząsł się z zimna. Mieszkał w Anglii od blisko dziesięciu lat, ale nadal nie przyzwyczaił się do klimatu - znacznie uboższego w wysokie temperatury niż w jego ojczystej Italii.

- Wracajmy, bo zamarznę - powiedział, uśmiechając się niemrawo. Trino skinęła głową, patrząc na niego ze zrozumieniem.

Droga powrotna minęła im w milczeniu, tak samo zresztą jak większość spaceru.

- Może wstąpisz na kolację? - zaproponował Franc, kiedy stanęli wreszcie przed domem Rovanellich. Trino pokręciła przecząco głową, uśmiechając się lekko.

- Dzięki, ale muszę już lecieć do domu. Babcia wyszła do znajomych... tak, ona naprawdę ma znajomych, a ktoś musi wyprowadzić Canis na spacer. Ale chętnie skorzystam z kominka - przyznała.

- W takim razie musimy po cichu przemknąć się do salonu tak, żeby nikt nas nie zauważył - odparł Krukon, nagle nieco się ożywiając. - A zwłaszcza mama. Bo jeżeli się na nią natkniemy, po prostu będziesz musiała zostać na kolacji.

- Więc... co proponujesz?

- Wyjście jest jedno - oznajmił dramatycznie. - Układ z Vittorią.

Trino uśmiechnęła się w duchu. Wszystko wskazywało na to, że stary, dobry Francesco był na najlepszej drodze do rychłego powrotu. W końcu tak nie zachowywał się człowiek przeżywający rozstanie z dziewczyną.

 

Jak dowiedziała się Trino, Vittoria właśnie o tej porze wracała z treningu karate. I rzeczywiście - po chwili siostra Franca wyłoniła się zza zakrętu, wymachując workiem na strój.

- Ej, sorella**! - zawołał w jej stronę brat.

- Czegóż znów pragniesz ode mnie, o cudownie ozdrowiały? - spytała kurtuazyjnie dziewczyna, znalazłszy się pod drzwiami.

- Chcę złożyć ci propozycję nie do odrzucenia.

Brunetka przyjrzała mu się badawczo.

- W sensie, tak intratną, czy tak bardzo będzie bolało, jak się nie zgodzę?

Francesco udał, że nie usłyszał tego komentarza.

- Za utrzymanie całej rodziny z dala od salonu na co najmniej pięć minut dam ci łajnobombę - zaproponował.

Vittoria uniosła brew.

- Trzy - zażądała.

- Dwie.

- Stoi. Interesy z tobą to czysta przyjemność, fratello.

 

Rozległ się donośny huk, któremu towarzyszył przeciągły wrzask.

- Jak doliczę do dziesięciu, wchodzimy - mruknął cicho Francesco, nasłuchując dalszych odgłosów dobiegających z domu. Trino skinęła głową.

Po chwili oboje byli już w salonie. Blondynka podeszła do kominka i zaczerpnęła ze stojącego na gzymsie naczynia garść proszku Fiuu.

- Dzięki, że przyszłaś. - Włoch uśmiechnął się blado. - Dobrze mi to zrobiło. Nawet przez chwilę zapomniałem o... no, wiesz.

Gryfonka położyła mu dłoń na ramieniu.

- W końcu od tego ma się przyjaciół - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Daj znać, jak będziesz chciał pogadać... albo powłóczyć się po parku - dodała z uśmiechem.

- Jasne.

- Trzymaj się, stary.

- Na razie.

 

- A tak właściwie, po co wam było to pięć minut? - chciała wiedzieć Vittoria, kiedy pani Rovanelli ostatecznie zrezygnowała z prób wmuszenia najmłodszemu synowi czwartej dokładki. - Nie mieliście dość prywatności na spacerze?

Francesco zmierzył siostrę badawczym spojrzeniem.

- Czy ty znowu próbujesz mnie swatać?

Gdyby nie złośliwe błyski w oczach, dziewczyna wyglądałaby jak uosobienie niewinności.

- Kto, ja? Nieee...

 

Wychodząc z kominka, Trino niemal nadepnęła na wygrzewającą się przy ogniu Canis. Pies otworzył jedno oko i pacnął ogonem o ziemię w ramach powitania.

- Wstawaj, idziemy na spacer.

Canis rzuciła jej monooptyczne spojrzenie mówiące “sama sobie idź”, po czym zamknęła oko.

- Tylko bez takich. Idziemy - powtórzyła dziewczyna z naciskiem. Zwierzę podniosło łeb, ziewnęło przeciągle i wreszcie podniosło się sprzed kominka - nie bez ociągania.

Po powrocie do domu zastały dobijającą się do okna kuchennego sowę trzymającą w dziobie “Proroka Wieczornego”. Trino czym prędzej wpuściła ją do środka, mając nadzieję, że stukanie nie obudziło dziadka, który zawsze kładł się bardzo wcześnie. Zapłaciwszy doręczycielce i wypuściwszy ją na zewnątrz, od niechcenia przejrzała dziennik. Jej uwagę przykuło zdjęcie unoszącej się w powietrzu widmowej czaski z wężem w miejscu języka, którą coraz powszechniej nazywano już “Mrocznym Znakiem”. Ludzie zwykle wymawiali tę nazwę pełnym lęku szeptem - niemal dało się słyszeć wielkie litery. Dziewczyna westchnęła ciężko i zaczęła czytać. Więc kto tym razem?

 

Żaden człowiek w Wielkiej Brytanii - niezależnie od statusu krwi czy wieku - nie może już czuć się bezpiecznie. Serie ataków skierowanych przeciwko czarodziejom i mugolom, które łączy pozostawiona na miejscu zbrodni mrożąca krew w żyłach “wizytówka” sprawców od dawna spędzają sen z powiek wielu z nas. Jak się okazuje, poplecznicy czarnoksiężnika znanego jako Lord Voldemort znów uderzyli, nie mając litości nawet dla nieletnich czarodziejów.

Jak wynika z ostatnich wypowiedzi rzecznika Ministerstwa Magii Alana Cumbersona, owa grupa przestępcza - nazywająca siebie śmierciożercami - jest odpowiedzialna nie tylko za liczne morderstwa oraz doprowadzenie kilkunastu osób do szaleństwa za pomocą zaklęcia Cruciatus, lecz także wcześniejszą serię tajemniczych zniknięć i porwań.

Oczywiście, władze mugolskie zostały powiadomione o powadze sytuacji - mówi Cumberson. - Ministerstwo apeluje też o zachowywanie niezbędnych środków ostrożności opisywanych w nowej kampanii informacyjnej. Jednak nie ma powodów do paniki - aurorzy  dzień i noc pracują nad rozbiciem tej groźnej szajki...

 

- Ha, ale czy coś już zdziałali to nie mówisz, cwaniaku - warknęła Riddle ze złością, po czym przeszła do kolejnego akapitu.

 

Tym razem wybór czarnoksiężników padł na Fogtown w pobliżu Luton oraz Little Huntington pod Reading. Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16). Ministerstwo Magii zapewnia, że stosunkowo niewielka odległość dzieląca obie miejscowości od Londynu...

 

Trino zamrugała gwałtownie.

 

 

Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16).

 

 

Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16)...

 

Gazeta wypadła jej z rąk.

O, Boże.

Oczywiście, wieść o śmierci Cornelii i Juliette była straszna. Mimo, że Trino była z nimi w stosunkach ledwo koleżeńskich. Ale...

Nie Rzeżyszer. Nie teraz.

 

 

- To musiało się zdarzyć wtedy, kiedy byliśmy w parku.

Dziwne - pomyślała. Wiedział, że to ja.

Podeszła kilka kroków bliżej, stając tuż za przyjacielem.

- Mieszkam dwie pieprzone wioski stąd. Mogli trafić na nas.

Westchnęła głęboko; gdy wzięła kolejny wdech, jej nozdrza wypełnił roztaczający się wokół zapach ziemi, którą zasypano grobowiec.

Miała dziwne wrażenie, że to nie było w porządku. Dzień był zbyt ciepły i słoneczny, zapach ziemi - nadto świeży i przyjemny, ptaki śpiewały za głośno. Świat funkcjonował dalej, jak gdyby nic sobie nie robił ze śmierci kilku kolejnych ludzi. To była w końcu tylko jedna z niezliczonych osobistych tragedii. A świat nie był osobisty.

To dlatego pogoda nie zawsze była odpowiednia do sytuacji. To dlatego niektórzy dostawali swoją nastrojową ulewę, a niektórzy nie.

- A ja co robiłem, kiedy mój najlepszy przyjaciel walczył o życie? Robiłem, kurwa, wielką tragedię, że mnie dziewczyna rzuciła.

Położyła mu rękę na ramieniu.

- Skąd mogłeś wiedzieć, Franc? Skąd my mogliśmy wiedzieć?

Włoch milczał, tępo wpatrując się w płytę nagrobka.

- A nawet gdybyśmy wiedzieli, nie moglibyśmy mu pomóc. Nawet z naszą pomocą Barkerowie nie daliby rady tym sukinsynom. - Wzdrygnęła się, gdy Francesco odwrócił gwałtownie głowę, patrząc na nią ze złością.

- Chcesz powiedzieć, że tak jest lepiej, bo przynajmniej nadal żyjemy? - spytał napastliwie. Zmrużyła oczy, odwzajemniając wrogie spojrzenie i szykując się do walki na słowa. Po chwili jednak zdołała się opanować i powiedziała:

- Chcę powiedzieć, żebyś się opamiętał, bo to nie twoja wina, że David nie żyje.

Po raz pierwszy tego dnia Krukon spojrzał jej prosto w oczy. Na jego twarzy malowała się mieszanka strachu i wyrzutów sumienia.

- Widzisz, Trin - szepnął. - Problem w tym, że to właśnie moja wina.

- Co ty wygadujesz? - niedowierzała. Franc rozejrzał się nerwowo dookoła. Kilku z dalszych krewniaków Barkerów wciąż stało parę kroków od nich, zwlekając z udaniem się na stypę. W pobliżu kręciło się też kilkunastu uczniów Hogwartu - w większości dawnych członków “Akromantuli” - a także Anna Dibbler, dziewczyna Davida. Francesco chwycił przyjaciółkę za ramię i, oglądając się za siebie, odciągnął ją kawałek w stronę starej części cmentarza.

- Wiesz, że Emily pasjonowała się wróżbiarstwem - powiedział. - Pamiętasz, jak ci opowiadałem, że miała te... dziwne sny?

Zmarszczyła czoło, przyglądając się badawczo rozmówcy.

- Te, które uważała za prorocze? Ale przecież mówiłeś, że to bzdury...

- Nieważne, co mówiłem - przerwał jej ostro. - Ważne, że Emily przewidziała to, co się stało. Przewidziała, że David i jego rodzice zginą. Czy wiedziała o Cornelii i jej siostrze, nie mam pojęcia. Ale koniecznie chciała, żebym ostrzegł Dave’a... - jęknął, zwiesiwszy głowę. - A ja jej nie uwierzyłem. Gorzej, wyśmiałem ją.

- O, Boże. - Trino zakryła usta dłonią, patrząc na niego z przerażeniem. - I to dlatego wy... ona...

Francesco skinął głową, przygryzając wargę.

- Chodź tu, stary - szepnęła, przytulając go mocno. Włoch odwzajemnił uścisk.

- Wiesz co? - spytała po chwili. - Chyba musisz się napić.

 

- Dzięki, że pozwoliłaś mi wypić tylko jedną Ognistą - mruknął, choć z jego tonu można było wyczytać, że wcale nie był z tego powodu szczęśliwy.

Dziewczyna uśmiechnęła się blado.

- Mówiłam, że jeszcze mi za to podziękujesz. Właśnie, nie sądzisz, że to dziwne, że ten barman w ogóle sprzedał nam coś mocniejszego od kremowego? Bez sprawdzania, czy jesteśmy pełnoletni?

- Mówisz o Jacku? - Tym razem to on się uśmiechnął. - Daj spokój, on mnie zna, często chodziłem do tego baru z... - Urwał nagle, przełykając ślinę i wsadzając ręce do kieszeni spodni. - No, jak tu bywałem.

- Tym bardziej nie powinien ci nic sprzedawać - powiedziała szybko Trino, szczerząc zęby. - Niech to szlag, muszę lecieć, bo nie zdążę na świstoklik do Carlisle. Wyjdziesz stąd ze mną, bo inaczej zostaniesz pewnie do rana. - Nie zważając na protesty przyjaciela, dziewczyna chwyciła ga za rękaw i wyprowadziła z lokalu, rzucając barmanowi zapłatę.

- Daj znać jak będziesz czegoś potrzebował - poprosiła, kiedy znaleźli się na zewnątrz. - To znaczy, tak czy siak pisz.

Włoch skinął głową.

- Jasne, ale ty też mogłabyś częściej wysyłać sowy. Chcę wiedzieć, co słychać w Cumbrii.

- Nie wymagaj zbyt wiele od Artemidy, nie tak łatwo przelecieć nad całą Anglią. Ale będę pisać.

- No to... do zobaczenia.

- Trzymaj się, stary.

 -Trin?

 -Tak?

- Dziękuję.

 

* *

 

Trino ustawiła swój wózek z bagażami w odległości kilku kroków od barierki dzielącej perony dziewiąty i dziesiąty, i rozejrzała się dyskretnie, sprawdzając czy żaden z tłoczących się na dworcu mugoli na nią nie patrzy. Już miała ruszyć w stronę przejścia na peron numer dziewięć i trzy czwarte, gdy usłyszała głos babci:

- Muszę już iść, za godzinę przychodzi hydraulik, a powinnam jeszcze posprzątać. W końcu nie chcemy, żeby natknął się na cokolwiek magicznego.

Trino zmarszczyła brwi.

- Hydraulik? A nie można załatwić tego... normalnie?

- To trzeba było powiedzieć, że jesteś dobra w zaklęciach technicznych - powiedziała z wyrzutem babcia. - Bo ja nie jestem, a dobrze wiesz, że Thadeus nie może się przemęczać, zresztą przecież zgubił swoją różdżkę...

A ty absolutnie nie masz pojęcia, gdzie ona jest, no nie? - pomyślała dziewczyna, ale uznała, że lepiej nie mówić tego głośno.

- Poza tym - dodała Elizabeth już cieplejszym tonem - młody Todd będzie miał okazję zarobić parę funtów, a Brownowie potrzebują pieniędzy... no i mam pewność, że on nie przepije wszystkiego w pubie, nie to co ten stary pijak Jenkins...

- Tak, wiem - uśmiechnęła się Riddle. - Todd zawsze był w porządku. No to leć, żebyś zdążyła pochować ten marynowany żabi skrzek zanim przyjdzie.

Babcia spojrzała na nią uważnie.

- Chyba już sobie poradzisz, prawda?

Gryfonka przewróciła oczami.

- Oj babciu, to mój piąty rok! Chyba jakoś dam radę dostać się na peron, nie sądzisz?

- No dobrze, już dobrze - mruknęła kobieta. - Pamiętaj, żadnych wygłupów, żadnego włóczenia się po nocach...

- Zaczyna się - westchnęła cicho Trino. Właściwie, nie powinna narzekać - niekończące się babcine litanie i tak były łatwiejsze do zniesienia niż “ciche dni”.

- ...Bonnie mówiła, że w tym roku będzie bal noworoczny...

- Tak, ale pozwól, że sama wybiorę sobie sukienkę, babciu - przerwała. Nastała chwila ciszy.

- No, jeżeli obiecasz, że to naprawdę będzie sukienka, to ostatecznie mogę dać ci wolną rękę - zdecydowała wspaniałomyślnie pani Froy. - Idę, bo nie zdążę z tymi porządkami. Napisz czasem do domu i... na litość, zrób coś z tymi włosami.

Dziewczyna udała, że nie dosłyszała ostatniej uwagi.

- Do zobaczenia, babciu - powiedziała. - Uściskaj ode mnie dziadka i Canis.

- To... cześć. - Kobieta przez chwilę wyglądała, jak gdyby chciała przytulić wnuczkę, lecz zamiast tego odwróciła się na pięcie i odeszła. Trino uśmiechnęła się pod nosem, żwawym krokiem podchodząc do magicznej barierki.

- Mogło być gorzej - stwierdziła, wchodząc na peron dziewięć i trzy czwarte. - Ciekawe, kiedy się zorientuje, że zabrałam wszystkie łajnobomby, prawda, Artemido? - dodała, szturchając lekko spoczywającą na kufrze klatkę. Siedząca w niej sowa zahukała z wyrzutem, otwierając jedno zaspane oko. Nie znosiła, kiedy ktoś przeszkadzał jej w zapadnięciu w przedpołudniową drzemkę.

Tymczasem dziewczyna machała już do stojącego nieopodal bruneta w okularach, który zdawał się jej nie rozpoznawać.

- Jimmy, nie wygłupiaj się! - krzyknęła wesoło, podchodząc do niego.

- Mój Boże, Trin! - James Potter wybałuszył oczy. - Co ty... jak ty... wyglądasz jak... jak...

- Jak ty? - podpowiedziała wesoło, szczerząc zęby i mierzwiąc swoje - znacznie krótsze niż zwykle - włosy, idealnie naśladując przyjaciela.

- No nieee, przesadziłaś. - Chłopak wyglądał na urażonego. - Ja nie mam cycków. Ale muszę przyznać, że fryzurę masz prawie idealną.

- Bo prawie taką jak twoja? - spytała z rozbawieniem.

- Skąd wiedziałaś?

Trino wybuchła śmiechem.

- Dedukcja, mój drogi. Dedukcja.

- Hej, Jim, nie mówiłeś, że masz siostrę bliźniaczkę! - zawołał z daleka ktoś z udawanym wyrzutem w głosie. Riddle i Potter odwrócili się, by zobaczyć machającego do nich Remusa, obok którego stali witający się ze sobą Syriusz i Peter.

- Zaczekaj, zaraz was przedstawię! - odkrzyknął James, pchając swój wózek w ich stronę; Trino podążyła za nim.

- Wiesz, o czym myślę? - spytała, gdy byli w połowie drogi. Oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenie.

- No to na trzy - szepnął chłopak. - Raz, dwa... trzy!

Na tę komendę oboje unieśli prawą rękę, w identyczny sposób czochrając sobie włosy - na co Remus zareagował atakiem histerycznego śmiechu. Dwóch pozostałych Huncwotów spojrzało nań ze zdziwieniem, nie znając przyczyny tego wybuchu wesołości, i dopiero wtedy dostrzegli kroczącą ku nim parę. Black wyglądał, jakby był w stanie skrajnego szoku.

- Boże, Trino, zapuszczaj! - jęknął tylko. Dziewczyna wzięła się pod boki.

- No, mi też miło cię widzieć - powiedziała z przekąsem.

 

__________________

Objaśnienia do listu:

[ktoś] [kogoś] salutem dicit (łac.) - [ktoś] [kogoś] pozdrawia

s.t.v.b.e.e.v. lub: Si tu vales, bene est; ego valeo (łac.) - jeśli ty jesteś zdrowy, to dobrze, jam zdrów; tymi słowami zwykle zaczynali listy starożytni Rzymianie

** sorella (wł.) - siostra

fratello - brat

 

 

Pozdrawiam

Trino


trino-riddle 2009-04-12 22:21:10
skomentuj (10)
Eee... nowa notka. Tym razem taka na serio.
Khem. Ponieważ Beta nie ma możliwości poprawienia pierwszej części notki przed moim wyjazdem na Mastera (18.07.), wklejam to, co mam w tej chwili. Co prawda są to sceny z początku piątego roku, zaś do Bety poszły wakacje między czwartym a piątym rokiem... ale kogo to obchodzi. Zresztą, powinniści już być przyzwyczajeni do tego, że wyznaję... alternatywne podejście do chronologii XD
Niniejszym życzę miłej lektury.


Choć w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie na co dzień obowiązywały szkolne mundurki, po lekcjach i w weekendy pozwalano uczniom na noszenie mugolskich ubrań. Ciekawym zjawiskiem była ta hogwarcka moda, bowiem zdawała się całkowicie ignorować wzorce wytyczane przez pozamagiczny świat. I tak jesienią roku 1975 szkoła - z niewiadomych przyczyn - zdawała się tkwić w stanie głębokiej żałoby. Największe modnisie z nastoletnich czarodziejek nieoficjalnie walczyły między sobą o miano Najmroczniejszej. Lecz jeśli przyjrzeć się uważniej, wśród powodzi smolistej czerni można było zauważyć kilka szarych, granatowych czy ciemnozielonych plam oraz dwie w nieco odważniejszych barwach, tuż przed wejściem do biblioteki...

- Wiesz, że ładnie ci w błękicie? – zapytała Amelia (która tego dnia najwyraźniej pozostawała w prawdziwym świecie), szczerząc zęby. Trino spojrzała na nią znad trzymanego przez siebie stosu książek.

- Niesamowite, jakie odkrycia niesie ze sobą zmiana trendów, prawda? – mruknęła, puszczając przyjaciółce perskie oko.

Czarnowłosa uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

- Niech zgadnę: kupiłaś ten sweter jak tylko zobaczyłaś nowe wcielenie Catherine Cook na okładce „Czarownicy”!

- Nie, najpierw przeprosiłam się z kolorami ziemi i... – Posiadaczka błękitnego sweterka urwała w połowie zdania, a szeroki uśmiech na jej twarzy ustąpił miejsca zakłopotanej minie i lekkim rumieńcom. W stronę przyjaciółek zmierzał Sam Robertson, wysoki blondyn z szóstego roku Hufflepuffu.

- ...granatowym, a potem uznałam, że nie zaszkodzi mieć coś bardziej rzucającego się w oczy... o, cześć, Sam!

- Cześć, Trin! Cóż to, czyżbyś już przygotowywała się do SUMów? Dopiero wrzesień!

- Nigdy nie jest za wcześnie, nie sądzisz? – wtrąciła się Amelia, obdarzając przybysza krytycznym spojrzeniem: choć nieco zamglonym, to i tak nad wyraz przytomnym jak na nią. – A tak w ogóle, to ty jesteś...?

Twarz panny Riddle przeżywała zaawansowaną ekspansję rumieńca: zająwszy całe policzki, przechodził powoli na czoło.

- Amelia – to Sam, Sam – to Amelia – wykrztusiła. Brunetka i blondyn skinęli sobie głowami. Nastała niezręczna cisza, którą mącił jedynie gwar rozmów dobiegających z błoni – w ciepłe weekendy to miejsce przeżywało istne oblężenie. Po chwili Sam przerwał milczenie:

- Za pół godziny zaczynamy trening quidditcha. Może miała... miałybyście ochotę przyjść?

Trino otworzyła już usta, by wyrazić zgodę, gdy Amelia powiedziała:

- Byłoby miło, Sam, ale musimy napisać wypracowanie z transmutacji. - Jej głos brzmiał tak słodko, że aż zdawał się ociekać lukrem. Riddle jęknęła w duchu - to była najcięższa ameliowa artyleria. Za chwilę z tej słodyczy miał wypełznąć jadowity wąż ironii. Czując, że sytuacja wymyka jej się spod kontroli, przystąpiła do kontrataku:

- Przecież zostały nam tylko dwa akapity... - zaczęła. Jak się okazało, to wystarczyło: Sam wyczuł odpowiedni moment.

- Czyli do zobaczenia na stadionie? – spytał szybko, uśmiechając się nieco niepewnie. Trino odpowiedziała mu tym samym i, zanim Amelia zdążyła zareagować, powiedziała:

- Myślę, że się wyrobimy.

Chłopak wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca

- To na razie! – odparł wesoło i zniknął w sąsiednim korytarzu. Kiedy zniknął dziewczynom z oczu, Trino wydała z siebie okrzyk zwycięstwa i tanecznym krokiem skierowała się w stronę wieży Gryffindoru. Kiedy spostrzegła, że jej przyjaciółka nie ruszyła się z miejsca, powiedziała niecierpliwie:

- Pospiesz się, musimy skończyć transmutację!

Amelia spojrzała na nią uważnie; jej duże, niemal okrągłe oczy były tak dalekie od wyrazu leniwego rozmarzenia jak jeszcze nigdy.

- Czy to był...? – spytała. Gdy przyjaciółka pokiwała energicznie głową, uderzyła się otwartą dłonią w czoło.

- Aaaargh... Trino, wybacz... Byłam pewna, że to jakiś namolny bubek...

Blondynka machnęła lekceważąco ręką, zapomniawszy, że dźwiga stos nie najlżejszych książek. Woluminy rozsypały się po podłodze, a obie dziewczyny natychmiast przystąpiły do ich zbierania.

- Wiesz – zagadnęła Amelia, pochylając się, by podnieść „Transmutację zwierząt dla zaawansowanych”. – W różowym też ci całkiem do twarzy.

 

* * *

 

- Doskonale, panno Peacock! – Horacy Slughorn rozpływał się z zachwytu nad zawartością kociołków jego ulubieńców. – Panno Evans, wyśmienicie! Panie Rice, jeśli doda pan nieco więcej korzonków mandragory...

Amelia sapnęła z poirytowania. Jej eliksir nadal miał zgniłozieloną barwę, choć powinien być szkarłatny. Tymczasem nauczyciel eliksirów bez słowa przeszedł obok niej oraz Trino i zachwalał eliksir Susan, która zdawała się promienieć z dumy. Riddle burknęła po cichu kilka niecenzuralnych słów.

- Teraz wcale się nie dziwię, że był w Slytherinie – szepnęła siedząca obok Amelii Lily, która niewiele sobie robiła z pochwał profesora. – A wydawałoby się, że to Venenatus – Krukon bardziej by tam pasował... Też wolałabyś, żeby wrócił, prawda?

- On przynajmniej miał zalążek poczucia sprawiedliwości – odparła zapytana. – Stopień natężenia złośliwych uwag był wprost proporcjonalny do ilości twoich błędów... no, chyba że było się mną.

Rudowłosa roześmiała się wesoło, po czym zwróciła się do Trino:

- Zawsze uważałam, że ty i Huncwoci byliście jego ulubieńcami.

Blondynka musiała wsadzić sobie pięść do ust, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

- Ulubieńcami... dobre... - wydusiła z siebie w przerwie między kolejnymi napadami zduszonego chichotu.

- Może załatwić ci smoczek, siostro? – spytał Syriusz, klepiąc ją po ramieniu. Trino odwróciła się w jego stronę.

- Stul usta, bracie – mruknęła, gdy zdążyła już się uspokoić.

- Co tylko rozkażesz, ale twój uniżony sługa błaga cię, być łaskawie raczyła spojrzeć tam. – Syriusz zniżył głos i wskazał kociołek Susan, która wciąż patrzyła na innych z wyższością po pochwale Slughorna. Po prawej stronie Syriusza siedział wyszczerzony od ucha do ucha James, wyraźnie knujący coś niedobrego; Peter patrzył na niego z wyczekiwaniem. Na lewo od Syriusza Remus silił się na minę pełną dezaprobaty, choć zdradzały go wesołe błyski w oczach.

Kiedy stary Ślimak powędrował na drugi koniec sali, by pochwalić pracę Eloise Jagger – która przypadkiem miała ojca w krajowej reprezentacji Quidditcha – James błyskawicznie posłał coś podejrzanie przypominającego suszonego skarabeusza do kociołka Susan, po czym, jak gdyby nigdy nic, wrócił do pracy (upewniwszy się przedtem, że Lily doskonale go widziała). Ofiara żartu, która właśnie dosypywała do swojego eliksiru łuski traszki, zapiszczała przenikliwie, gdy jej kocioł podskoczył nagle na kilka cali, a jego zawartość zabulgotała, wydała z siebie donośny odgłos do złudzenia przypominający beknięcie, po czym zmieniła kolor na śliwkowy.

Lochy wypełnił złośliwy rechot zgromadzonych w nich Gryfonów i Krukonów. Slughorn zaczął głośno się zastanawiać, jaki błąd mógł spowodować taki wypadek, a Jessica usiłowała uspokoić trzęsącą się ze wstydu Susan.

Trino uśmiechnęła się szeroko.

- Zaprawdę, tym niecnym występkiem dowiedliście, że jesteście moimi braćmi i jesteście godni miana Huncwotów. Powiadam wam jednak: jest czas wesela i czas pracy. Azaliż rychło się zejdziem znów, by ćwiczyć... transmutacyję?

James, Syriusz i Peter spojrzeli na siebie. W końcu ten pierwszy odrzekł:

- Myślę, że damy radę w przyszły wtorek.

 

* * *

 

- To niesamowite! Udało nam się! – wrzeszczał James, odtańcowując coś, wygądającego na rytualny taniec zwycięstwa jakiegoś zapomnianego plemienia Maorysów.

- Jesteśmy anima… - Nie zdążył dokończyć, bo Syriusz zatkał mu usta ręką.

- Może jeszcze głośniej, stary? – warknął. – Mam ci przypomnieć, co będzie, jeśli ktoś się połapie, co robimy?

James palnął się otwartą dłonią w czoło.

- Masz rację – jęknął dramatycznie. – Teraz muszę się ukarać – dodał, biorąc podręcznik do eliksirów – wyraźnie bardziej wyświechtany i znacznie cieńszy niź na początku roku. Trino (wciąż jako wielki, biało-rudy pies), która do tej pory odkrywała uroki gonienia swojego zabawnie skręconego ogona i polowania na grasującą w dormitorium Huncwotów muchę, teraz wróciła do ludzkiej postaci.

- I co, będziesz się tym bił po głowie? – spytała.

- Spryciarz – roześmiał się Black. – W tym tomiszczu brakuje połowy kartek.

Potter, który w międzyczasie zorientował się, że jego czynności autodestrukcyjne wzbogacone okrzykami „Zły James! Niedobry James!“ zostały zignorowane przez przyjaciół, zwrócił się do Petera, który wciąź nie przemienił się z powrotem:

- Stary, co jest?

Odpowiedział mu przerażony pisk szczura.

- Nie możesz się przemienić? – zaniepokoiła się Trino. Zwierzak skinął łebkiem, a na jego pyszczku zaczęła pojawiać się panika.

- Szlag – warknął Syriusz, podnosząc z łóżka różdżkę.

- Zaczekaj – powstrzymał go Jimmy, jednocześnie usiłując złapać Petera który spanikował i, poddawszy się zwierzęcemu instynktowi, miotał się po pokoju. Uwięziony wreszcie w dłoniach przyjaciela, zatopił zęby w jego kciuku. Potter krzyknął z bólu, ale nie wypuścił zdobyczy z ręki.

- Słuchaj, Peter – zaczęła Trino, siląc się na względny spokój. – Jesteś człowiekiem, pamiętaj. Możesz panować nad tym zwierzęciem!

- Właśnie, stary, jesteś człowiekiem, a nie pieprzonym szczurem, więc przestań się mazgaić i bierz się do roboty! – wrzasnął zestresowany Syriusz. – Masz pojęcie, co będzie, jak pojawisz się w tym stanie na jutrzejszej transmutacji?!

- Chodzą fłuchy, że McGonnagal fama jeft animagiem – mruknął James, ssąc krwawiący kciuk. – Ponoć pfyjmuje poftać kota, co ty na to?

Jak można było się domyślić, ta nowina niezbyt przypadła do gustu Peterowi. Zanim wreszcie udało się doprowadzić go do stanu używalności, minęły dobre dwie godziny. Powróciwszy do ludzkiej postaci, opadł bez sił na poduszki.

- Bez was nie dałbym rady – stęknął. – Dzięki.

- Daj spokój, stary, w końcu jesteśmy jak bracia. – James poklepał go po ramieniu. Trino spojrzała na niego znacząco.

No, i siostra.

 

* *

 

- ...więc gdybyś mogła mi pomóc zrobić na niej wrażenie... W końcu masz z nią zielarstwo, dowiedz się czegoś... Hej, czy ty mnie słuchasz? – Pomachał jej ręką przed oczami. Trino zwróciła na niego nieco zaskoczone spojrzenie.

- Wybacz, Franc, zamyśliłam się...

- Nie wciskaj mi kitu, tylko powiedz, jak ma na imię i czy mam mu przylać.

- Sam. Nie. Jeśli chodzi o Angelę...

- Ej, ej, ej, nie zmieniaj tematu! Jest przynajmniej przystojny?

- Jak diabli. – Dziewczyna spłonęła rumieńcem. – Ale nie naciskaj, bo się w sobie zamknę, o!

Włoch uśmechnął się złośliwie, ale powstrzymał się od komentarza, co Trino przyjęła z niemą wdzięcznością.

- Inna sprawa, że nie wiem, jak ci pomóc - powiedziała. Mogę godzinami dyskutować o romantyzmie, ale romantyczności nie rozpoznałabym nawet gdyby zatańczyłaby mi przed nosem kankana. I przestań się tak wytrzeszczać, bo ci tak zostanie.

Francesco ze zgrozą uświadomił sobie, że oto jego ostatnia szansa na zwrócenie uwagi jego muzy rozwiewa się niczym dym.

- Nikt nie jest specjalnie zdziwiony, kiedy facet nie rozumie damskiego punktu widzenia, ale żebyś ty... co z ciebie za dziewczyna?!

- Taka, jaki z ciebie Włoch, mój drogi. Bo powoli przestaję wierzyć, żeby pod tymi pokładami angielskiej flegmy kryła się jeszcze fantazja Południowca - dodała, dając mu kuksańca. -  Wiesz, słyszałam kiedyś przelotnie o czułych słówkach, kolacji przy świecach, trzymaniu za rączkę... Hmmm, co tam jeszcze...

- Zaczekaj, wyjmę notes. – Francesco wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu, udając że grzebie po kieszeniach w poszukiwaniu notatnika.

Dziewczyna stuknęła się palcem w czoło.

- Stary, z ciebie jest naprawdę... Nie no, nie mam słów! I ty się dziwisz, że Emily cię rzuciła.

To trochę zabolało. Jego męska duma poczuła się urażona, ale szybko postanowił obrócić wszystko w żart.

- Dzięki, ty zawsze wiesz, jak podnieść mnie na duchu – zakpił. – Powiedz lepiej, kto to jest, ten twój Sam.

- To nie jest mój Sam!

Na twarz Franca wpełzł złośliwy uśmiech – znalazł czułe miejsce.

- Nie, oczywiście, że nie – powiedział sarkastycznie.

- Ponieważ jesteś moim przyjacielem, zignoruję tę uwagę i nie zrobię z ciebie miazgi. – Te słowa zabrzmiały raczej jak groźba, więc postanowił porzucić drażliwy temat. Zbyt dobrze wiedział, co też ta dziewczyna potrafiła komuś zrobić za pomocą różdżki.

- Skoro nie chcesz o nim gadać, twoja sprawa. To o co chodziło z tą kolacją przy świecach i czułymi słówkami?

- Dobra, przestań już się nabijać. To nie jest zabawne, poza tym przerwa już się kończy, a zaraz mam transmutację. A Angelę znam tylko z zajęć z Puchonami, więc jedyne, co o niej wiem, to to, że dobrze jej wychodzi wyciskanie czyrakobulw. Jeśli koniecznie chcesz, mogę dyskretnie wybadać jej gusta w kwestii zainteresowania płcią przeciwną...

Nareszcie mówi z sensem – pomyślał. A głośno powiedział:

- Naprawdę możesz? Trin, wielbię cięęę...

Riddle zrobiła taką minę, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą powiedziała.

Merlinie, czy ja naprawdę użyłam słowa „dyskrecja” i czasownika w pierwszej osobie w jednym i tym samym zdaniu?!

No tak. Optymizm był przedwczesny.


trino-riddle 2008-07-05 23:11:05
skomentuj (16)