Strona główna

Eee... nowa notka. Tym razem taka na serio.


Khem. Ponieważ Beta nie ma możliwości poprawienia pierwszej części notki przed moim wyjazdem na Mastera (18.07.), wklejam to, co mam w tej chwili. Co prawda są to sceny z początku piątego roku, zaś do Bety poszły wakacje między czwartym a piątym rokiem... ale kogo to obchodzi. Zresztą, powinniści już być przyzwyczajeni do tego, że wyznaję... alternatywne podejście do chronologii XD
Niniejszym życzę miłej lektury.


Choć w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie na co dzień obowiązywały szkolne mundurki, po lekcjach i w weekendy pozwalano uczniom na noszenie mugolskich ubrań. Ciekawym zjawiskiem była ta hogwarcka moda, bowiem zdawała się całkowicie ignorować wzorce wytyczane przez pozamagiczny świat. I tak jesienią roku 1975 szkoła - z niewiadomych przyczyn - zdawała się tkwić w stanie głębokiej żałoby. Największe modnisie z nastoletnich czarodziejek nieoficjalnie walczyły między sobą o miano Najmroczniejszej. Lecz jeśli przyjrzeć się uważniej, wśród powodzi smolistej czerni można było zauważyć kilka szarych, granatowych czy ciemnozielonych plam oraz dwie w nieco odważniejszych barwach, tuż przed wejściem do biblioteki...

- Wiesz, że ładnie ci w błękicie? – zapytała Amelia (która tego dnia najwyraźniej pozostawała w prawdziwym świecie), szczerząc zęby. Trino spojrzała na nią znad trzymanego przez siebie stosu książek.

- Niesamowite, jakie odkrycia niesie ze sobą zmiana trendów, prawda? – mruknęła, puszczając przyjaciółce perskie oko.

Czarnowłosa uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

- Niech zgadnę: kupiłaś ten sweter jak tylko zobaczyłaś nowe wcielenie Catherine Cook na okładce „Czarownicy”!

- Nie, najpierw przeprosiłam się z kolorami ziemi i... – Posiadaczka błękitnego sweterka urwała w połowie zdania, a szeroki uśmiech na jej twarzy ustąpił miejsca zakłopotanej minie i lekkim rumieńcom. W stronę przyjaciółek zmierzał Sam Robertson, wysoki blondyn z szóstego roku Hufflepuffu.

- ...granatowym, a potem uznałam, że nie zaszkodzi mieć coś bardziej rzucającego się w oczy... o, cześć, Sam!

- Cześć, Trin! Cóż to, czyżbyś już przygotowywała się do SUMów? Dopiero wrzesień!

- Nigdy nie jest za wcześnie, nie sądzisz? – wtrąciła się Amelia, obdarzając przybysza krytycznym spojrzeniem: choć nieco zamglonym, to i tak nad wyraz przytomnym jak na nią. – A tak w ogóle, to ty jesteś...?

Twarz panny Riddle przeżywała zaawansowaną ekspansję rumieńca: zająwszy całe policzki, przechodził powoli na czoło.

- Amelia – to Sam, Sam – to Amelia – wykrztusiła. Brunetka i blondyn skinęli sobie głowami. Nastała niezręczna cisza, którą mącił jedynie gwar rozmów dobiegających z błoni – w ciepłe weekendy to miejsce przeżywało istne oblężenie. Po chwili Sam przerwał milczenie:

- Za pół godziny zaczynamy trening quidditcha. Może miała... miałybyście ochotę przyjść?

Trino otworzyła już usta, by wyrazić zgodę, gdy Amelia powiedziała:

- Byłoby miło, Sam, ale musimy napisać wypracowanie z transmutacji. - Jej głos brzmiał tak słodko, że aż zdawał się ociekać lukrem. Riddle jęknęła w duchu - to była najcięższa ameliowa artyleria. Za chwilę z tej słodyczy miał wypełznąć jadowity wąż ironii. Czując, że sytuacja wymyka jej się spod kontroli, przystąpiła do kontrataku:

- Przecież zostały nam tylko dwa akapity... - zaczęła. Jak się okazało, to wystarczyło: Sam wyczuł odpowiedni moment.

- Czyli do zobaczenia na stadionie? – spytał szybko, uśmiechając się nieco niepewnie. Trino odpowiedziała mu tym samym i, zanim Amelia zdążyła zareagować, powiedziała:

- Myślę, że się wyrobimy.

Chłopak wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca

- To na razie! – odparł wesoło i zniknął w sąsiednim korytarzu. Kiedy zniknął dziewczynom z oczu, Trino wydała z siebie okrzyk zwycięstwa i tanecznym krokiem skierowała się w stronę wieży Gryffindoru. Kiedy spostrzegła, że jej przyjaciółka nie ruszyła się z miejsca, powiedziała niecierpliwie:

- Pospiesz się, musimy skończyć transmutację!

Amelia spojrzała na nią uważnie; jej duże, niemal okrągłe oczy były tak dalekie od wyrazu leniwego rozmarzenia jak jeszcze nigdy.

- Czy to był...? – spytała. Gdy przyjaciółka pokiwała energicznie głową, uderzyła się otwartą dłonią w czoło.

- Aaaargh... Trino, wybacz... Byłam pewna, że to jakiś namolny bubek...

Blondynka machnęła lekceważąco ręką, zapomniawszy, że dźwiga stos nie najlżejszych książek. Woluminy rozsypały się po podłodze, a obie dziewczyny natychmiast przystąpiły do ich zbierania.

- Wiesz – zagadnęła Amelia, pochylając się, by podnieść „Transmutację zwierząt dla zaawansowanych”. – W różowym też ci całkiem do twarzy.

 

* * *

 

- Doskonale, panno Peacock! – Horacy Slughorn rozpływał się z zachwytu nad zawartością kociołków jego ulubieńców. – Panno Evans, wyśmienicie! Panie Rice, jeśli doda pan nieco więcej korzonków mandragory...

Amelia sapnęła z poirytowania. Jej eliksir nadal miał zgniłozieloną barwę, choć powinien być szkarłatny. Tymczasem nauczyciel eliksirów bez słowa przeszedł obok niej oraz Trino i zachwalał eliksir Susan, która zdawała się promienieć z dumy. Riddle burknęła po cichu kilka niecenzuralnych słów.

- Teraz wcale się nie dziwię, że był w Slytherinie – szepnęła siedząca obok Amelii Lily, która niewiele sobie robiła z pochwał profesora. – A wydawałoby się, że to Venenatus – Krukon bardziej by tam pasował... Też wolałabyś, żeby wrócił, prawda?

- On przynajmniej miał zalążek poczucia sprawiedliwości – odparła zapytana. – Stopień natężenia złośliwych uwag był wprost proporcjonalny do ilości twoich błędów... no, chyba że było się mną.

Rudowłosa roześmiała się wesoło, po czym zwróciła się do Trino:

- Zawsze uważałam, że ty i Huncwoci byliście jego ulubieńcami.

Blondynka musiała wsadzić sobie pięść do ust, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

- Ulubieńcami... dobre... - wydusiła z siebie w przerwie między kolejnymi napadami zduszonego chichotu.

- Może załatwić ci smoczek, siostro? – spytał Syriusz, klepiąc ją po ramieniu. Trino odwróciła się w jego stronę.

- Stul usta, bracie – mruknęła, gdy zdążyła już się uspokoić.

- Co tylko rozkażesz, ale twój uniżony sługa błaga cię, być łaskawie raczyła spojrzeć tam. – Syriusz zniżył głos i wskazał kociołek Susan, która wciąż patrzyła na innych z wyższością po pochwale Slughorna. Po prawej stronie Syriusza siedział wyszczerzony od ucha do ucha James, wyraźnie knujący coś niedobrego; Peter patrzył na niego z wyczekiwaniem. Na lewo od Syriusza Remus silił się na minę pełną dezaprobaty, choć zdradzały go wesołe błyski w oczach.

Kiedy stary Ślimak powędrował na drugi koniec sali, by pochwalić pracę Eloise Jagger – która przypadkiem miała ojca w krajowej reprezentacji Quidditcha – James błyskawicznie posłał coś podejrzanie przypominającego suszonego skarabeusza do kociołka Susan, po czym, jak gdyby nigdy nic, wrócił do pracy (upewniwszy się przedtem, że Lily doskonale go widziała). Ofiara żartu, która właśnie dosypywała do swojego eliksiru łuski traszki, zapiszczała przenikliwie, gdy jej kocioł podskoczył nagle na kilka cali, a jego zawartość zabulgotała, wydała z siebie donośny odgłos do złudzenia przypominający beknięcie, po czym zmieniła kolor na śliwkowy.

Lochy wypełnił złośliwy rechot zgromadzonych w nich Gryfonów i Krukonów. Slughorn zaczął głośno się zastanawiać, jaki błąd mógł spowodować taki wypadek, a Jessica usiłowała uspokoić trzęsącą się ze wstydu Susan.

Trino uśmiechnęła się szeroko.

- Zaprawdę, tym niecnym występkiem dowiedliście, że jesteście moimi braćmi i jesteście godni miana Huncwotów. Powiadam wam jednak: jest czas wesela i czas pracy. Azaliż rychło się zejdziem znów, by ćwiczyć... transmutacyję?

James, Syriusz i Peter spojrzeli na siebie. W końcu ten pierwszy odrzekł:

- Myślę, że damy radę w przyszły wtorek.

 

* * *

 

- To niesamowite! Udało nam się! – wrzeszczał James, odtańcowując coś, wygądającego na rytualny taniec zwycięstwa jakiegoś zapomnianego plemienia Maorysów.

- Jesteśmy anima… - Nie zdążył dokończyć, bo Syriusz zatkał mu usta ręką.

- Może jeszcze głośniej, stary? – warknął. – Mam ci przypomnieć, co będzie, jeśli ktoś się połapie, co robimy?

James palnął się otwartą dłonią w czoło.

- Masz rację – jęknął dramatycznie. – Teraz muszę się ukarać – dodał, biorąc podręcznik do eliksirów – wyraźnie bardziej wyświechtany i znacznie cieńszy niź na początku roku. Trino (wciąż jako wielki, biało-rudy pies), która do tej pory odkrywała uroki gonienia swojego zabawnie skręconego ogona i polowania na grasującą w dormitorium Huncwotów muchę, teraz wróciła do ludzkiej postaci.

- I co, będziesz się tym bił po głowie? – spytała.

- Spryciarz – roześmiał się Black. – W tym tomiszczu brakuje połowy kartek.

Potter, który w międzyczasie zorientował się, że jego czynności autodestrukcyjne wzbogacone okrzykami „Zły James! Niedobry James!“ zostały zignorowane przez przyjaciół, zwrócił się do Petera, który wciąź nie przemienił się z powrotem:

- Stary, co jest?

Odpowiedział mu przerażony pisk szczura.

- Nie możesz się przemienić? – zaniepokoiła się Trino. Zwierzak skinął łebkiem, a na jego pyszczku zaczęła pojawiać się panika.

- Szlag – warknął Syriusz, podnosząc z łóżka różdżkę.

- Zaczekaj – powstrzymał go Jimmy, jednocześnie usiłując złapać Petera który spanikował i, poddawszy się zwierzęcemu instynktowi, miotał się po pokoju. Uwięziony wreszcie w dłoniach przyjaciela, zatopił zęby w jego kciuku. Potter krzyknął z bólu, ale nie wypuścił zdobyczy z ręki.

- Słuchaj, Peter – zaczęła Trino, siląc się na względny spokój. – Jesteś człowiekiem, pamiętaj. Możesz panować nad tym zwierzęciem!

- Właśnie, stary, jesteś człowiekiem, a nie pieprzonym szczurem, więc przestań się mazgaić i bierz się do roboty! – wrzasnął zestresowany Syriusz. – Masz pojęcie, co będzie, jak pojawisz się w tym stanie na jutrzejszej transmutacji?!

- Chodzą fłuchy, że McGonnagal fama jeft animagiem – mruknął James, ssąc krwawiący kciuk. – Ponoć pfyjmuje poftać kota, co ty na to?

Jak można było się domyślić, ta nowina niezbyt przypadła do gustu Peterowi. Zanim wreszcie udało się doprowadzić go do stanu używalności, minęły dobre dwie godziny. Powróciwszy do ludzkiej postaci, opadł bez sił na poduszki.

- Bez was nie dałbym rady – stęknął. – Dzięki.

- Daj spokój, stary, w końcu jesteśmy jak bracia. – James poklepał go po ramieniu. Trino spojrzała na niego znacząco.

No, i siostra.

 

* *

 

- ...więc gdybyś mogła mi pomóc zrobić na niej wrażenie... W końcu masz z nią zielarstwo, dowiedz się czegoś... Hej, czy ty mnie słuchasz? – Pomachał jej ręką przed oczami. Trino zwróciła na niego nieco zaskoczone spojrzenie.

- Wybacz, Franc, zamyśliłam się...

- Nie wciskaj mi kitu, tylko powiedz, jak ma na imię i czy mam mu przylać.

- Sam. Nie. Jeśli chodzi o Angelę...

- Ej, ej, ej, nie zmieniaj tematu! Jest przynajmniej przystojny?

- Jak diabli. – Dziewczyna spłonęła rumieńcem. – Ale nie naciskaj, bo się w sobie zamknę, o!

Włoch uśmechnął się złośliwie, ale powstrzymał się od komentarza, co Trino przyjęła z niemą wdzięcznością.

- Inna sprawa, że nie wiem, jak ci pomóc - powiedziała. Mogę godzinami dyskutować o romantyzmie, ale romantyczności nie rozpoznałabym nawet gdyby zatańczyłaby mi przed nosem kankana. I przestań się tak wytrzeszczać, bo ci tak zostanie.

Francesco ze zgrozą uświadomił sobie, że oto jego ostatnia szansa na zwrócenie uwagi jego muzy rozwiewa się niczym dym.

- Nikt nie jest specjalnie zdziwiony, kiedy facet nie rozumie damskiego punktu widzenia, ale żebyś ty... co z ciebie za dziewczyna?!

- Taka, jaki z ciebie Włoch, mój drogi. Bo powoli przestaję wierzyć, żeby pod tymi pokładami angielskiej flegmy kryła się jeszcze fantazja Południowca - dodała, dając mu kuksańca. -  Wiesz, słyszałam kiedyś przelotnie o czułych słówkach, kolacji przy świecach, trzymaniu za rączkę... Hmmm, co tam jeszcze...

- Zaczekaj, wyjmę notes. – Francesco wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu, udając że grzebie po kieszeniach w poszukiwaniu notatnika.

Dziewczyna stuknęła się palcem w czoło.

- Stary, z ciebie jest naprawdę... Nie no, nie mam słów! I ty się dziwisz, że Emily cię rzuciła.

To trochę zabolało. Jego męska duma poczuła się urażona, ale szybko postanowił obrócić wszystko w żart.

- Dzięki, ty zawsze wiesz, jak podnieść mnie na duchu – zakpił. – Powiedz lepiej, kto to jest, ten twój Sam.

- To nie jest mój Sam!

Na twarz Franca wpełzł złośliwy uśmiech – znalazł czułe miejsce.

- Nie, oczywiście, że nie – powiedział sarkastycznie.

- Ponieważ jesteś moim przyjacielem, zignoruję tę uwagę i nie zrobię z ciebie miazgi. – Te słowa zabrzmiały raczej jak groźba, więc postanowił porzucić drażliwy temat. Zbyt dobrze wiedział, co też ta dziewczyna potrafiła komuś zrobić za pomocą różdżki.

- Skoro nie chcesz o nim gadać, twoja sprawa. To o co chodziło z tą kolacją przy świecach i czułymi słówkami?

- Dobra, przestań już się nabijać. To nie jest zabawne, poza tym przerwa już się kończy, a zaraz mam transmutację. A Angelę znam tylko z zajęć z Puchonami, więc jedyne, co o niej wiem, to to, że dobrze jej wychodzi wyciskanie czyrakobulw. Jeśli koniecznie chcesz, mogę dyskretnie wybadać jej gusta w kwestii zainteresowania płcią przeciwną...

Nareszcie mówi z sensem – pomyślał. A głośno powiedział:

- Naprawdę możesz? Trin, wielbię cięęę...

Riddle zrobiła taką minę, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą powiedziała.

Merlinie, czy ja naprawdę użyłam słowa „dyskrecja” i czasownika w pierwszej osobie w jednym i tym samym zdaniu?!

No tak. Optymizm był przedwczesny.


trino-riddle 2008-07-05 23:11:05
skomentuj (16)