| trino-riddleblog - archiwum: O skutkach nocnego "szperania w bibliotece" - nie próbujcie tego w domu! |
| Strona główna |
O skutkach nocnego "szperania w bibliotece" - nie próbujcie tego w domu!
Hahah, wreszcie udało mi się dotrzymać terminu! Z okazji pięciolecia bloga wznoszę toast kremowym i dziękuję wszystkim Czytelnikom, którzy wytrwali ;)
Trino rzuciła na siebie Zaklęcie Kameleona i, starając się robić jak najmniej hałasu, pchnęła lekko portret Grubej Damy, po czym wyjrzała na korytarz. Widać zarówno Filch, jak i jego kotka patrolowali akurat inną część zamku, bo wokół nie było żywej duszy. Był natomiast Krwawy Baron, który sunął powoli w powietrzu - ale na szczęście jej nie spostrzegł, bo skręcił w lewo, przepływając przez ścianę, by wreszcie zniknąć jej z oczu. Teraz było bezpiecznie. Dziewczyna powoli odchyliła obraz, starając się nie obudzić namalowanej na nim kobiety, rozpartej w fotelu i pochrapującej lekko. Przełożyła prawą nogę przez dziurę w ścianie prowadzącą na zewnątrz wieży Gryffindoru i na chwilę zamarła w tej pozycji, przygryzając wargę. W końcu powoli i jakby z wysiłkiem postawiła stopę na ziemi, po czym szybko przełożyła przez dziurę drugą nogę, zamknęła za sobą przejście, i odetchnęła ciężko. Teraz nie było już odwrotu - chcąc wrócić do dormitorium musiałaby obudzić Grubą Damę, co jednak nie byłoby szczególnie trafnym pomysłem; pozostawało więc jedynie kontynuowanie wyprawy. Ponownie sprawdzając, czy w pobliżu nie widać woźnego lub pani Norris, zaczęła ostrożnie podążać w kierunku biblioteki. Była spięta i podenerwowana - nie znosiła Zaklęcia Kameleona, zbytnio przywykła do niezawodnej peleryny-niewidki Jamesa. Ale ponieważ tej nocy - jako że nie trenowali już animagii - Huncwoci wybrali się na eskapadę po zamku w celu dokończenia mapy szkoły, o pożyczeniu artefaktu mogła tylko pomarzyć. Przez ostatnich kilka tygodni zdążyła niemal zapomnieć, jak bardzo skrzypiały drzwi biblioteki, gdy otwierało się je nocą. Przeklinając w duchu wiecznie mającego zaległości w oliwieniu zawiasów Filcha, skierowała kroki w stronę Działu Ksiąg Zakazanych. Jednak tam ktoś już na nią czekał - ledwo skręciła w odpowiednią alejkę, oślepiło ją światło wydobywające się z czyjejś różdżki; co gorsza, różdżka ta była skierowana mniej więcej w jej stronę. - Kto tu jest? - spytał jej właściciel, starając się, by jego głos brzmiał pewnie. Wiedziała, że zna ten ton - a kiedy przyzwyczaiła się już do światła różdżki i zobaczyła zarys chudej postaci o haczykowatym nosie i przylizanych włosach opadających na ramiona, wszystko stało się jasne. Zdjęła z siebie zaklęcie, ale różdżkę wciąż miała w pogotowiu - Snape także nie schował swej broni, choć zgasił już strumień światła. Dopiero po długiej chwili pełnej napięcia ciszy oboje rozluźnili się nieco i opuścili różdżki. Ślizgon skinął głową z chłodną uprzejmością i, oparłszy się o stół, przy którym siedział, zagłębił się w lekturze jakiegoś opasłego tomiszcza. Odpowiedziawszy mu tym samym, Trino podeszła do najbliższego regału i zaczęła wodzić wzrokiem po grzbietach stojących na niej książek, wciąż czując na sobie badawcze spojrzenie tłustowłosego. Starając się go ignorować, zdjęła z półki “Podstawy czarnej magii” i otworzyła na chybił trafił. - Ta jest nic niewarta. - Trino niemal podskoczyła, słysząc cichy głos Snape’a. - Dobre książki o czarnej magii mają mniej oczywiste tytuły, żeby przeszukujący twoje zbiory aurorzy nie zwrócili na nie uwagi. - Mniej oczywiste? - spytała, zaciekawiona. - Na przykład? - No, na przykład “Droga do wielkości” Nivellssona. Dwie półki w prawo. Albo “Władza i potęga”, “I ty możesz tworzyć historię”, “Jak nie mieć wrogów”... - Rzeczywiście, niezwykle subtelne aluzje - stwierdziła sarkastycznie. - O, a “Jak pokochać siebie”? - dodała, zauważywszy książkę o takowym tytule. - To trening asertywności - odparł jej rozmówca, uśmiechając się złośliwie. - Uch, zawsze wiedziałam, że takie książki powinny być zakazane - mruknęła, odszukując na półce “Drogę do wielkości”. Snape parsknął cicho. - Wydajesz się dobrze obeznany z tym działem. Wzruszył ramionami, chowając różdżkę do kieszeni. Po chwili wahania ona zrobiła to samo. - Spędziło się tu trochę nocy - rzekł. - Więc czarna magia musi cię naprawdę ciekawić - stwierdziła Gryfonka, chcąc podtrzymać temat. Twarz Ślizgona była maską obojętności. - Jest o wiele bardziej pożyteczna niż włóczenie się bez sensu po zamku - odparł. Trino z zażenowaniem odkryła, że się rumieni. - Zresztą, widzę że też doszłaś do takiego wniosku. Co wywołało taką zmianę? Wcześniej wolałaś chyba zaklęcia i... transmutację? Dziewczyna zesztywniała na moment, wstrzymując oddech. Ślizgon spojrzał na nią znacząco, jedynie utwierdzając ją w przekonaniu, że jego ostatnia uwaga nie była przypadkowa. Jedyne, co mogła w tej sytuacji zrobić, to udawać, iż niczego nie zauważyła i brnąć w mniej niebezpieczny temat. - To nie tak jak myślisz - powiedziała na głos. - Chcę po prostu... jak to się mówi... poznać wroga. Jej rozmówca wykrzywił wargi w uśmiechu. - Ależ oczywiście. Ale nie zaprzeczysz chyba, że w potędze, jaką daje czarna magia, jest coś... fascynującego? Gryfonka wzruszyła ramionami. - Można zdobyć potęgę bez uciekania się do czarnej magii - odparła, starając się, by jej głos brzmiał pewnie. Snape uśmiechnął się kpiąco, obnażając zęby. - Być może, ale człowiek zbyt... dobry, by parać się czarną magią, nawet jeśli do tej potęgi dojdzie, nigdy w pełni jej nie wykorzysta, dopóki będzie ograniczany przez tak zwaną... moralność. A kiedy już ją odrzuci, spokojnie może zostać czarnoksiężnikiem. Spójrz na Dumbledore’a - z takimi predyspozycjami, z taką mocą mógłby pokonać Czarnego Pana i rządzić Anglią bez tego całego Ministerstwa Magii, a co osiągnął? Siedzi w gabinecie i częstuje uczniów cukierkami. Trino uniosła brwi. - Cóż, wygląda na to, że nasze definicje potęgi się różnią. Snape posłał jej uważne spojrzenie. - Więc co tutaj robisz? - Sądzę, że teoretyczne poznanie czarnej magii może mi pomóc w jej zwalczaniu - oznajmiła sztywno. Znów ironiczne wykrzywienie ust. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze kpiących min miał w zanadrzu ten Ślizgon. - Ach, tak - powiedział gładko. - Ciekawa wymówka. A gdzie chcesz ją zwalczać? Spojrzała na niego spode łba. - Na początek w samej sobie - warknęła. Tłustowłosy wydawał się szczerze rozbawiony. - I może jeszcze chcesz zostać aurorem, żeby udowodnić sobie, że to zainteresowanie Mrocznymi Sztukami wynika wyłącznie z nienawiści do nich? - spytał, próbując zbić ją z pantałyku. Trino musiała przyznać przed sobą, że strzał był celny, lecz nie dała za wygraną. - Nie, żeby udowodnić sobie, że potrafię się kontrolować - odparła spokojnie. - I że nie jestem taka jak ojciec. Tym razem twarz jej rozmówcy wyrażała zaintrygowanie. - No, proszę - powiedział. - Wbrew pozorom, mamy wiele wspólnego - stwierdził, ku jej zaskoczeniu. - I nie chodzi tu tylko o... zainteresowania. Oboje jesteśmy w pewnym sensie odmieńcami... nie, nie zaprzeczaj, dobrze wiesz, że tak jest... i nienawidzimy naszych ojców. - Błyskawicznym ruchem wyszarpnął różdżkę z kieszeni i wycelował ją w dziewczynę. Ta niemal równocześnie zrobiła dokładnie to samo. Snape uśmiechnął się, tym razem z zadowoleniem. - Jesteśmy czujni - rzekł. - I, jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi: gdyby nie twoja typowo gryfońska natura, świetnie nadawałabyś się do Slytherinu. Riddle skinęła głową, uśmiechając się chłodno. Niezależnie od tego, co myślała o Domu Węża, w ustach Ślizgona takie słowa były największym komplementem. - A jednak od pierwszej klasy toczymy ze sobą wojnę - zauważyła. Snape prychnął pogardliwie. - No cóż, zaczęłaś się zadawać z Potterem i Blackiem... - A ty z bandą Malfoya - odparła ze stoickim spokojem. - Chyba zdajesz sobie sprawę, że jest różnica między głupimi żartami a sianiem postrachu wśród uczniów? - Znalazły się niewiniątka - warknął tłustowłosy. - A kto niby tysiące razy upokarzał mnie przed całą szkołą? Pamiętasz fioletowe macki? - A ten twój cudowny halucynogenny sok z dyni? Wydawało mi się, że wszyscy wokół to dementorzy, a kiedy Pomfrey podała mi odtrutkę, myślałam, że wyrzygam sobie wnętrzności! Przez pół roku miałam po tym koszmary! - Miło mi to słyszeć. - Strasznie śmieszne - warknęła ze złością Trino, siadając naprzeciw niego i otwierając “Drogę do wielkości”. Przez kilka minut każde z nich było pogrążone w lekturze swojej książki. Milczenie przerwał Snape: - Tak sobie myślę... Skoro tak bardzo wierzysz w czystą grę... Co powiesz na mały pojedynek? - Dziewczyna przyjrzała mu się badawczo. - Nie martw się, żadnej czarnej magii. Za mało trenowałem, żeby nad nią panować. Ty możesz grać według zasad, jeśli chcesz. Ja będę po prostu... życiowy. - Niech będzie - zgodziła się Trino, podnosząc się z miejsca. Ślizgon uczynił to samo. Po chwili stali już o kilka kroków od siebie, mierząc się wzrokiem i ściskając w dłoniach wzniesione różdżki. Dla formalności skinęli sobie niedbale głowami, nie tracąc się z oczu ani na chwilę. Trino straciła cierpliwość jako pierwsza. - Drętwota! - krzyknęła, machnąwszy w stronę przeciwnika. Jednak ten bez słowa odbił jej zaklęcie z taką szybością, że ledwo zdążyła zasłonić się Zaklęciem Tarczy. Przez chwilę oboje znów stali w bezruchu, po czym zaczęli powoli zataczać kręgi wokól stołu, wciąż trzymając różdżki w pogotowiu. Trino musiała przyznać, że Smarkerus całkiem nieźle opanował już uroki niewerbalne, które zwykle omawiało się dopiero na szóstym roku - miał więc nad nią przewagę. “Zwłaszcza jeśli się nie opanujesz i nadal będziesz bez sensu wywrzaskiwać zaklęcia”, powiedział cichy głos w jej głowie. Tym razem pierwszy uderzył Snape, wystrzeliwując niebieski promień ze swojej broni. Trino trafiła weń zaklęciem spowalniającym i uchyliła się, jednocześnie zakładając blokadę na następny lecący ku niej czar, który odbił się od osłony i pomknął w stronę jej przeciwnika. Ten szybkim ruchem różdżki stworzył tarczę, która pochłonęła czar. - Nie najgorzej - pochwalił z miną znawcy. - Mało kto potrafi spowolnić czyjeś zaklęcie. No i szybko się uczysz. Jak widzisz, w praktyce ta wasza gryfońska... taktyka na niewiele się zdaje. Najlepiej uczyć się od węża, jak my w Slytherinie. Liczy się efekt zaskoczenia i oszczędzanie energii, dlatego dobrze jest znać zaklęcia niewerbalne i nie machać bezsensownie rękami... - Expelliarmus! - szepnęła Trino, ledwo zauważalnie poruszając różdżką. Zaskoczony Ślizgon poszybował parę metrów do tyłu i uderzył plecami o ścianę, wypuszczając broń z ręki. - Za dużo gadasz jak na węża - stwierdziła ironicznie, wciąż celując w przeciwnika. - Wstawaj i walcz dalej. - Chyba cię nie doceniłem - przyznał Severus, choć uśmiechał się tajemniczo. - Ale jesteś pewna, że tego chcesz? - Wstawaj i walcz - powtórzyła dziewczyna z naciskiem. Snape podniósł różdżkę z podłogi i strząsnął nią, wyczarowując długi czerwony promień, który cicho spłynął na ziemię niczym bicz. - Co to jest, do jasnej cholery? - pomyślała Riddle ze złością. - Cokolwiek to było, Ślizgon obchodził się z tym całkiem sprawnie - wystarczył porządny zamach, by czerwony promień wystrzelił w kierunku Trino. - Protego! - szepnęła, wkładając całą energię w wyczarowanie możliwie największej tarczy. Jednak gdy promień poszybował ponad osłoną i sięgnął ku niej, zaciskając się wokół jej nadgarstka, zaskoczona dziewczyna upuściła swoją broń. Czerwony promień zniknął. Kolejny oszczędny, wystudiowany ruch różdżką wystarczył, by dziewczyna poszybowała kilka metrów w powietrzu, uderzyła plecami o ścianę i osunęła się na ziemię, upadając na bok. Severus uśmiechnął się podle, po czym podszedł do niej i posadził ją na podłodze. - Widzisz, Riddle, władza i potęga nie polegają na samej czarnej magii, tylko na możliwościach, jakie ona daje - stwierdził z satysfakcją, przykładając różdżkę do podbródka pokonanej. - Można rzec, jesteś teraz na mojej łasce i niełasce. - Ha, nie do końca. - Trino uśmiechnęła się kpiąco. - Nic mi nie zrobisz, bo będziesz miał kłopoty ze strony tych, którzy mają władzę nad tobą. Takiej dyrekcji chociażby. - Może i tak - przyznał Ślizgon obojętnie. - Ale to nie przeszkodzi mi dać ci małej lekcji życia - dodał, po czym wyczarował magiczne liny, które oplotły się wokół niej, krępując jej ruchy. Riddle uniosła brwi. - I co teraz? - spytała. - Teraz poczekasz tu sobie do rana, aż cię ktoś znajdzie. Zauważ, że gdybyś walczyła ze śmierciożercą, byłabyś narażona na coś więcej niż upokorzenie i szlaban za włóczenie się nocą po dziale Ksiąg Zakazanych... I przemyśl sobie, czy warto być takim szlachetnym. - Pamiętasz, co mówiłam o gadaniu? - Trino uśmiechnęła się kpiąco. - Podtrzymuję swoje stanowisko w tej sprawie. - Więc wybacz, ale powiem jeszcze jedno - odparł, mrużąc ze złością oczy. - Nie próbuj przypadkiem uwolnić się sama, bo to nie będzie przyjemne. Gdy drzwi biblioteki zamknęły się za Ślizgonem, dziewczyna odszukała wzrokiem swoją różdżkę i spróbowała przesunąć się bliżej niej. Ledwo się poruszyła, ostry, palący ból podrażnił jej skórę. - A to sukinsyn - warknęła przez zaciśnięte zęby. Starając się nie zważać na cierpienie, przesunęła się jeszcze kawałek, po czym straciła równowagę i przewróciła się na bok. Słysząc przeciągły wrzask bólu, Severus Snape uśmiechnął się pod nosem. - Ostrzegałem - mruknął.
- Właściwie mogło być gorzej - stwierdziła w duchu Trino, kiedy wlokła się po schodach prowadzących do skrzydła szpitalnego, podtrzymywana przez McGonnagal. Zawsze mogła trafić na Filcha. - Doprawdy, Riddle, nie wiem, czy chcę wiedzieć, co wyprawiałaś w tej bibliotece - zrzędziła, choć była wyraźnie zaniepokojona. - Ani kto cię tak urządził. Wiem za to, że osobiście dopilnuję, żebyś gorzko żałowała swojej niesubordynacji. Jakby nie było, te cztery lata szlabanów za włóczenie się nocą po szkole z Potterem i jego bandą powinny cię czegoś nauczyć! Trino uznała, że w tej sytuacji lepiej nic nie mówić. Madame Pomfrey załamała ręce, kiedy tylko zobaczyła je wchodzące do jej przybytku. - Na brodę Merlina, jeśli to ma być najbezpieczniejsze miesjce w kraju, to ja jestem mandragorą! Niedługo zabraknie mi miejsca! - poskarżyła się. - Co tym razem, kochana? Profesor McGonnagal ostrożnie przekazała wciąż niepewnie trzymającą się na nogach Trino w ręce pielęgniarki. - Wygląda mi to na Więzy Perylidusa, Poppy - stwierdziła. - Leżała w bibliotece, cała nimi owinięta. - Jak długo? - Kilka minut - jęknęła Riddle przez zaciśnięte zęby. - Szczęście, że znalazłaś ją tak szybko, Minnie - zawyrokowała pani Pomfrey, dokładnie oglądając oparzenia na nadgarstkach Trino. - Inaczej mogłoby być kiepsko, a tak wyjdzie z tego za jakieś trzy, cztery dni, skoro zdołała się tu dowlec. - Szczęście, że ma zdrowe płuca - mruknęła profesorka. - Twój wrzask mógłby obudzić umarłego, Riddle. Na razie dam ci dojść do siebie, ale wiedz, że musisz wyjaśnić mi parę rzeczy - powiedziała, po czym skierowała się do wyjścia. - A, i szybkiego powrotu do zdrowia. - Chodź, kochana, muszę cię dokładniej obejrzeć - powiedziała łagodnie pielęgniarka. - Gdzie jeszcze masz te oparzenia? Dziewczyna przeanalizowała w myślach części swojego ciała. - Wszędzie?
- O rany, wyglądasz fatalnie! - zmartwiła się Lily, wkładając kwiaty do wazonu. Amelia usiadła na brzegu łóżka i, upewniwszy się, że w pani Pomfrey nie ma w pobliżu, zaczęła upychać przyniesione przez siebie słodycze w szafce nocnej. - Dzięki za komplement - mruknęła Trino, poprawiając się na łóżku. Rudowłosa przysunęła sobie krzesło. - Boli cię jeszcze? - chciała wiedzieć Amelia. Riddle skrzywiła się nieco. - Bywało lepiej - stwierdziła. - Ale i tak się poprawiło. Pomfrey mówi, że pojutrze powinnam już normalnie funkcjonować. - Całe szczęście. - powiedziała z ulgą Lily. - Jak to właściwie się stało? - Tak mówiąc w skrócie, to wybrałam się na wycieczkę do biblioteki, gdzie spotkałam twojego tłustowłosego przyjaciela - odparła Trino obojętnie, przyglądając się swoim paznokciom. - Nawiązaliśmy całkiem kulturalną rozmowę, a potem on zaproponował mi mały sprawdzian naszych umiejętności. I wygrałabym, gdybym nie pozwoliła mu podnieść różdżki. A potem on mnie załatwił i postanowił dać mi małą lekcję życia. W pewnym sensie mi się należało za ten ostatni numer, który wykręciłam mu z chłopakami. Tyle. Rudowłosa była zszokowana. - Więc Severus...? - No, chyba od początku było jasne, że żaden z niego świętoszek, prawda? - wtrąciła się Amelia. Przyjaciółka spojrzała na nią z wyrzutem. - Powiem ci szczerze, Lily - westchnęła Trino - że on nie jest dla ciebie odpowiednim towarzystwem. Oczywiście, zrobisz co zechcesz - dodała, widząc minę zielonookiej - ale musisz wiedzieć, że... Snape para się czarną magią, i to nie na zasadzie chwilowej zachcianki. Praktycznie sam mi się przyznał. No, tobie krzywdy na pewno nie zrobi, ale nie wiadomo, co z tego wszystkiego wyniknie. Chyba że masz na niego tak duży wpływ, że jesteś w stanie go z tego wyciągnąć. Lily wyglądała, jakby doznała szoku. - Nie chce mi się wierzyć - przyznała. - To... to straszne. Ja... przepraszam, muszę iść - powiedziała nagle, zrywając się z miejsca i wychodząc ze skrzydła szpitalnego ze zdeterminowanym wyrazem twarzy. - Szlag, głupio to wyszło - mruknęła Trino po chwili. Amelia wzruszyła ramionami. - Dobrze, że jej powiedziałaś - zawyrokowała, choć minę miała nietęgą. - Wszyscy wiedzieliśmy, że Smarkerus to wredny dupek, ale że aż tak... Myślisz, że powinnam za nią iść? - Nie sądzę, żeby chciała kogokolwiek widzieć. - Też mi się nie wydaje. Słuchaj, czy jest coś, co mogłybyśmy jeszcze dla ciebie zrobić? Przysłać ci coś... a może kogoś? - Brunetka uśmiechnęła się zaczepnie, jednak celnie rzucona poduszka starła jej złośliwy grymas z twarzy. - To ja już pójdę, robi się późno - powiedziała szybko, wstając z łóżka. - A zapowiada się bezchmurna noc. I zbliża się pełnia, niebo będzie w sam raz do obserwacji. - No, to leć już i daj mi znać, jak Mars będzie jasno płonął albo coś. - Riddle wyszczerzyła zęby. Amelia roześmiała się i wyszła, machając przyjaciółce na pożegnanie. Zbliża się pełnia... Trino westchnęła, dokonawszy kilku podstawowych obliczeń. Już jutro. A jej nie będzie przy jej bracie.
- I co tam, siostro? - zagadnął wesoło Syriusz, wychylając się zza parawanu oddzielającego łóżko Trino od jej sąsiada. - Żyjesz jeszcze? - Już dogorywam - odparła, uśmiechając się lekko. - A zostawisz mi w spadku swoją kolekcję łajnobomb? - spytał, gdy wszyscy Huncwoci usadowili się już wokół jej łóżka. - Chyba żartujesz, chcę być z nimi pochowana! - Uuu... - James skrzywił się nieco. - Chcesz, żeby ten zapaszek ciągnął się za tobą do zaświatów? Cała piątka roześmiała się serdecznie. Syriusz poklepał przyjaciółkę po ramieniu, na co ta syknęła z bólu. - Właśnie, co tak właściwie ci jest? - zaniepokoił się Remus. - Pytaliśmy McGonnagal, powiedziała, że dostałaś jakimś paskudnym zaklęciem... Trino westchnęła i podwinęła rękaw piżamy, odsłaniając szkarłatne pręgi na przedramieniu. - Smarkerus - powiedziała. - Ale jak, kiedy? - chciał wiedzieć James. Dziewczyna westchnęła ponownie. - Pamiętacie, kiedy mówiłam wam, że zamierzam dowiedzieć się czegoś o teorii czarnej magii, żeby poznać lepsze sposoby obrony? - Huncwoci przytaknęli. - Wczoraj w nocy uznałam, że czas zacząć wcielać ten zamiar w życie, więc poszłam do biblioteki...
- A to sukinsyn - warknął Syriusz, gdy Trino skończyła swoją opowieść. - Niech go tylko spotkam... - Zabraniam ci cokolwiek robić! - zaprotestowała dziewczyna. - Właśnie, my też. - James uniósł brew. - Chyba nie sądzisz, że pozwolimy ci mścić się bez nas? - Popieram - zgodził się Remus. - Snape nie może pozostać bezkarny, ale nikt nie będzie dokonywał zemsty w pojedynkę - oświadczył. Nawet Peter skinął głową, a na jego twarzy malowało się zdecydowanie. - Przestańcie! - krzyknęła Trino. Huncwoci spojrzeli na nią w osłupieniu. - Dajcie spokój - dodała ciszej. - Nie warto. - Jak to, nie warto? - spytał Syriusz. - Jesteś naszą siostrą. Nikomu nie pozwolimy cię skrzywdzić. - To nie jest rozwiązanie. - A jakie inne rozwiązanie widzisz? Nic nie robić, żeby ten dupek pomyślał, że się go boimy? - Uspokoić emocje, obmyślić subtelniejszą formę odwetu i poczekać na własciwy moment. - Czy takie postępowanie jest godne Gryfona? - Nie wiem, ale na pewno jest mądrzejsze niż urywanie dupkowi łba przy całej szkole. Obiecajcie mi, że nie zrobicie nic głupiego... Huncwoci spojrzeli po sobie. - Obiecajcie! - nalegała dziewczyna. - Niech ci będzie - westchnął James. - Słowo Huncwotów.
- Ekhem... no, cześć - powiedział jakiś zakłopotany głos. Trino otworzyła oczy i natychmiast pożałowała, że tego dnia się nie czesała. - Cz-cześć, Sam - wykrztusiła, nerwowo wygładzając sobie piżamę i przeczesując palcami włosy. - Przepraszam, taka jestem, no... - Wyglądasz świetnie - zapewnił szybko, czerwieniąc się. Zapadła chwila niezręcznej ciszy, bowiem żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. - No, tego... - zająknął się chłopak. - Przyniosłem ci kwiaty! - powiedział z ulgą, szczęśliwy, że znalazł nowy temat do rozmowy. Upychając je w wyczarowanym przez siebie wazonie, przewrócił ten z tulipanami przyniesionymi przez Lily. - O, nie, przepraszam... - jęknął, machnięciem różdżki usuwając rozlaną wodę. Kiedy wszystko było już posprzątane, Sam usiadł na krześle obok łóżka Trino i zapytał: - Jak się czujesz? - Bywało gorzej - odparła, uśmiechając się nerwowo. - Niedługo powinnam stąd wyjść. - A, to... to dobrze - stwierdził. Nastała kolejna już chwila kłopotliwej ciszy. Tym razem przerwała ją Riddle: - Byłeś świetny w ostatnim meczu - powiedziała, wpatrując się w swoje paznokcie. Było to oczywistą bzdurą, bowiem ów mecz zakończył się absolutnym zmiażdżeniem Hufflepuffu przez Krukonów, jednak w obecnej sytuacji wydawało się to nie mieć absolutnie żadnego znaczenia dla Sama, który ostatecznie przybrał kolor dojrzałego pomidora. - A tak w ogóle... co ci się stało? - spytał po chwili. Dziewczyna westchnęła, po czym po raz kolejny opowiedziała o całym zajściu z ostatniej nocy - choć znacznie bardziej ogólnikowo niż Huncwotom, zwłaszcza w kwestii “zgłębiania teorii czarnej magii”, które nagle przeistoczyło się w najzwyklejsze “szperanie w bibliotece”. - Co za drań - oburzył się Sam. - Mam mu przyłożyć? - zaproponował. - Daj spokój - żachnęła się dziewczyna. - Jeszcze będziesz miał przez to kłopoty. A poza tym, chcę żeby z gościa jeszcze coś zostało, kiedy ja go dorwę - dodała, szczerząc zęby. - A, i dzięki za kwiaty. Są śliczne. - Gryfonka uśmiechnęła się z zakłopotaniem. W tej konkretnej chwili fakt, że nie znosiła herbacianych róż, jakoś nieszczególnie ją obchodził. - Nie tak jak ty - zapewnił, po czym zrobił taką minę, jakby nie wierzył, że właśnie to powiedział. Po raz trzeci zapadła niezręczna cisza. Chwilę potem nadeszła pani Pomfrey, niosąc lekarstwa dla Trino. Widząc rumieńce na twarzach obojga, miała już wmusić w nich porcję eliksiru przeciw gorączce, kiedy do głosu doszła jej kobieca intuicja, która kazała jej dyskretnie się ulotnić.
Francesco, chowając za plecami bukiecik wrzosów, wyłonił się nagle zza parawanu. - Niespodzianka! - zawołał wesoło, nim zdążył zorientować się w sytuacji. - Znaczy... no... - zająknął się, gdy Trino i Sam podskoczyli na swoich miejscach, wyglądając na mocno zakłopotanych. - Tego... Cześć? - O, cześć, Franc - przywitała się dziewczyna, starając się nadać głosowi naturalny, rozluźniony ton. - Co to, dzień odwiedzin? Wszyscy dzisiaj się schodzą... - Włoch podszedł do niej i pocałował ją w policzek, wręczając kwiaty. Francesco z lekkim zdziwieniem zauważył, że serce zabiło mu nieco szybciej, gdy przyjaciółka uśmiechnęła się do niego serdecznie. Jednocześnie nie umknęło jego uwadze, że jej gość wyraźnie zesztywniał. - Dobrze wiedzieć, że żyjesz - zażartował. - A twój... przyjaciel to...? - Ach, no tak - zreflektowała się Trino. - Franc, poznaj Sama Robertsona z Hufflepuffu. Sam, to Francesco Rovanelli z... - Ravenclawu - wtrącił ozięble Puchon. - Spotkaliśmy się wcześniej na boisku. Gratuluję udanego meczu. - Dziękuję - odparł Francesco z nieco wymuszoną uprzejmością. - Przyjaciele mówili mi, że nieźle sobie poczynałeś - ciągnął dalej Sam. - Niestety, dzięki twojej celności muszę wierzyć im na słowo. Zapadła chwila zdecydowanie najbardziej niezręcznej tego dnia ciszy. - Zawsze powtarzałam, że jest niebezpieczny z tym swoim południowym temperamentem. - Trino dość nieudolnie usiłowała rozładować sytuację. - Ale w końcu to tylko sport, więc nie ma o co się gniewać, prawda? Francesco już miał śmiertelnie się obrazić - w końcu dla każdego prawdziwego Włocha quidditch był... to znaczy, religia była prawie tak ważna jak quidditch - gdy wtem Puchon odparł chłodno: - Tak, chyba tak. Wiecie, nie chcę wam przeszkadzać. Lepiej będzie jak już pójdę. Do zobaczenia, Trino. - Też tak myślę - stwierdził, dość formalnie skinąwszy głową. - Ale... - Dziewczyna usiłowała zaprotestować, jednak Sam zmierzał już w kierunku drzwi. - Więc to jest ten twój Sam. - Francesco za wszelką cenę usiłował nadać głosowi względnie obojętny ton. - Nie podoba mi się. Trino prychnęła, urażona opinią przyjaciela. - Nic nie poradzę na to, że nie gustujesz w niebieskookich blondynach. - Nie o to chodzi - żachnął się Włoch. - On po prostu... po prostu... - Po prostu co? “Po prostu się do ciebie bezczelnie przystawia”, pomyślał. A głośno powiedział: - Mam tylko takie dziwne przeczucie, że wywinie ci jakiś numer. Nie chcę, żebyś przez niego cierpiała. Dziewczyna westchnęła. - To miłe, że się o mnie martwisz, ale pozwól mi samej wybrać, dobra? - Tak, masz rację - mruknął bez przekonania. - Ale gdyby moje przeczucie się sprawdziło, daj mi znać, a Sam Robertson nauczy się, żeby więcej cię nie krzywdzić, zgoda? - dodał, uśmiechając się zawadiacko. - Nie wiedziałam, że aż taki z ciebie mafioso - roześmiała się. Francesco odetchnął cicho - udało się uniknąć sprzeczki. - To zgadzasz się? - nalegał, wciąż szeroko uśmiechnięty, choć mówił śmiertelnie poważnie. Trino uniosła brew. - Si, padrino - odparła, puszczając doń perskie oko. - A mogę dokonać krwawej zemsty na tym skurwielu Snapie? - spytał, robiąc minę bezdomnego psa. - Syriusz i James wszystko mi opowiedzieli - wyznał, widząc jej zdziwienie. - To jak będzie? - Ani mi się waż! - powiedziała Gryfonka. - Już ja znam te twoje krwawe zemsty! Narobisz sobie kłopotów, cudem uninkniesz wywalenia ze szkoły na rok przed owutemami, a Smarkerus... jeśli zrobił mi to bez wyraźnego powodu, to do czego będzie zdolny, kiedy go zaatakujesz? - Nic mi nie zrobi, będzie trząsł portkami przed starym Dumblem - odparł lekceważąco. - Zresztą nie powiesz mi chyba, że ma się czuć bezkarnie? Mamy się go teraz bać, bo zna kilka nieczystych zagrywek? Ile razy ty i Huncwoci robiliście z niego miazgę? Ile razy był upokarzany na oczach całej szkoły? - Może to było już o jeden raz za dużo - mruknęła Trino, spuszczając wzrok. - I co, mamy udawać, że nic się nie stało, bo postanowił skorzystać z tej swojej nadprogramowej wiedzy? Już ja bym go nauczył... - Francesco! Zabraniam ci! - No, dobra - mruknął niechętnie. - Zostawię drania w spokoju - obiecał, krzyżując palce pod jej łóżkiem.
“Dlaczego, kurwa, dlaczego to się zawsze tak kończy?!” - pomyślał z rozpaczą Syriusz, mijając niewielką grupkę rozchichotanych, trzepoczących rzęsami dziewczyn. Jedna z nich, Vanessa Hurst, posłała mu czułego całusa, wołając: “Pa pa, mój misiaczku!”. Co one wszystkie sobie wyobrażają? Prawie każda z którą kiedykolwiek się umówił, po jednej, często zresztą średnio udanej randce (podczas których większość z nich raczyła go głównie babskimi ploteczkami) uważała się za jego “oficjalną dziewczynę” (cokolwiek to miało znaczyć) i oczekiwała, że będą razem już na wieki wieków, wezmą pieprzony ślub i takie tam. Przynajmniej tak się zachowywały. I te wszystkie przezwiska! Niezależnie od tego co myślał o swojej rodzinie, był cholernym dziedzicem pieprzonego rodu Blacków i miał już dosyć bycia nazywanym mianem dowolnego zwierzęcia domowego lub wiejskiego, które akurat przyszło do głowy jego samozwańczej oblubienicy - ze Świnką i Króliczkiem włącznie. Na Merlina, Króliczkiem to mogą nazywać jego zasranego brata, a on, jeśli ma już być kojarzony ze zwierzęciem, jest psem! Nie, kurwa, Pieskiem, Pieseczkiem czy innym Piesiuńciem, ale psem! Uciekając przed wypełniającym piętro chichotem, zbiegł po schodach i miał już skręcić w korytarz prowadzący do wyjścia na błonia, gdy usłyszał znajomy głos: - Black, czekaj! Syriusz obejrzał się przez ramię, by ujrzeć spieszącego ku niemu, jak często nazywał go w myślach, Makaroniarza. Zaczepiony sapnął ze zniecierpliwieniem, ale przystanął, pozwalając się dogonić Rovanelliemu. - Czego chcesz? - burknął niechętnie, splatając przed sobą ręce. Ten knypek nie podobał mu się od dnia, w którym go spotkał. Podejrzanie często kręcił się wokół jego siostry. - Wiem, że ja i twoja paczka nigdy nie byliśmy kumplami... - zaczął Włoch, ignorując nieprzyjazny gest rozmówcy. Black parsknął śmiechem. - Dobrze powiedziane - rzekł z przekąsem. Francesco jedynie przewrócił oczami. - Ale chyba się zgodzisz, że tym razem ten parszywy mały Ślizgon przesadził i należy mu się nauczka - wyjaśnił. Syriusz uniósł brew. Czyżby Makaroniarz chciał do siebie przekonać Huncwotów? - Do czego zmierzasz? - zapytał z powątpiewaniem. - Proponuję wspólną zemstę - odparł tamten. - W końcu w tej sprawie jesteśmy sprzymierzeńcami - dodał. Black przyjrzał mu się podejrzliwie. “Co tak go nagle naszło na integrację?”, pomyślał. - A ty chcesz się mścić, bo...? - Bo mnie też zależy na Trino, tak samo jak wam. - Zaraz, zaraz, koleś. - Syriusz wziął się pod boki, robiąc, jak miał nadzieję, groźną minę. - W jaki sposób ci na niej zależy? - No... - Włoch zawahał się na chwilę. W jego wzroku widać było zdziwienie. - Jesteśmy przyjaciółmi - odparł szybko. Gryfon spojrzał nań z powątpiewaniem. - Słuchaj no, Rovanelli - powiedział ostro, celując palcem w pierś rozmówcy. - Ja i, jak to ująłeś, moja paczka, znamy ją od pierwszego dnia szkoły. Jesteśmy dla niej jak bracia, a ona jest naszą siostrą i nie pozwolimy jej skrzywdzić nikomu. Mówię to, żebyś uważał, gdyby zaczęło ci na niej zależeć w inny sposób. Tym razem Makaroniarz nie dał się zbić z tropu. - Skoro już o tym mowa, to zamiast stać i wytykać mnie palcem, mógłbyś mieć oko na tego całego Robertsona, jeśli tak dbasz o swoją siostrę - warknął, patrząc spode łba. Syriusz, chcąc nie chcąc, nie mógł nie przyznać mu racji, choć za nic nie powiedziałby tego głośno. Pan Przyjemniaczek był nawet jeszcze bardziej podejrzany od Makaroniarza. - Ale wracając do tematu... - W zasadzie opracowałem już plan zemsty - przerwał mu Gryfon lekceważącym tonem. - Genialny w swojej prostocie, mówiąc bez fałszywej skromności. Smarkerus będzie się miał z pyszna. - Co to za plan? - chciał wiedzieć Krukon. Jego upór zaczynał już naprawdę denerwować Syriusza. - Jakby ci to... - zawahał się. - Gdybym ci powiedział, musiałbym cię zabić - dokończył, uśmiechając się kpiąco. Francesco wydął wargi i uniósł brwi z powątpiewaniem, ale widać zrozumiał, o co chodziło, bo odparł bez cienia żalu: - Cóż, w takim razie obmyślę własną zemstę. - Ha, im gorzej dla Smarka, tym lepiej - ucieszył się Black. - Powodzenia - powiedział szczerze, choć zaraz potem dodał: - Przyda ci się, bo mój plan i tak będzie lepszy. Rovanelli przyjrzał mu się badawczo. - Chcesz się założyć? - spytał, podając mu rękę. Syriusz uścisnął ją ochoczo, uśmiechając się perfidnie. - Przegrany nie umówi się z Trin aż do balu noworocznego - zawyrokował. Włoch zmarszczył brwi, patrząc nań podejrzliwie. - Przed chwilą twierdziłeś, że jesteś jej bratem! - powiedział ze złością. Gryfon roześmiał się złośliwie. - Owszem - odparł. - Ale to ty przegrasz.
Pozdrawiam Trino trino-riddle 2009-05-03 20:57:35 skomentuj (6) |