| trino-riddleblog - archiwum: Wielkie Zmiany, WIelkie Tragedie :P |
| Strona główna |
Wielkie Zmiany, WIelkie Tragedie :PUWAGA! To nie atrapa! to naprawdę nowa notka! Jak wszyscy zdążyli już zapomnieć (okej, głównie z mojej winy), notka poprzednia jest kontynuacją tej dzisiejszej. Krótko mówiąc, dziś w ramach wielkanocnego prezentu dostajecie sceny z wakacji pomiędzy czwartym a piątym rokiem Trino w Hogwarcie... Jak wskazuje tytuł, dowiecie się między innymi o Wielkich Zmianach w jej życiu... a tak dokładniej to jednej XD Okej, wybaczcie. Prawie cały dzień spędziłam na pisaniu i mózg mi się zlasował. Nie uważam tego za mój najlepszy tfu!r, ani za jeden z lepszych, ani nawet za bardzo dobry. Czy może być, nie wiem. Sami oceńcie. Jeżeli okaże się, że komuś zechce się przypomnieć sobie o tym czymś i przeczyta dzisiejszą część, to nowa może być już niebawem, gdyż jest praktycznie gotowa. Chciałabym jeszcze ogłosić, że z przyczyn różnorakich zawieszam współpracę ze Skye na czas nieokreślony (ale i tak Cię kocham :P). Oznacza to, że tfu!r przez jakiś czas nie będzie betowany. Mam nadzieję, że to zanadto nie odbije się na jego jakości. Cóż... miłej lektury. Trino Riddle otworzyła sennie jedno oko, po czym natychmiast je zamknęła. Słońce świecące jej w okna od dobrych dwudziestu minut skutecznie powstrzymywało ją przed ponownym zapadnięciem w sen, a teraz udało mu się jeszcze ją oślepić. Z drugiej strony, zaciągnięcie zasłon, które mogłoby ją odgrodzić od niechcianego gościa, wymagałoby dźwignięcia się z łóżka... Po paru minutach typowych porannych rozważań dziewczyna zdecydowała, że i tak już nie zaśnie. Usiadła z trudem na łóżku i potarła dłonią oczy. Rzut oka na wiszący na ścianie kalendarz uświadomił ją, że jest czwartek. Dziwne, była pewna, że to dopiero wtorek... Cóż, kiedy wszystkie dni wyglądają tak samo, nie trudno o pomyłkę. Czas zrobić coś nowego - zawyrokowała. - Pytanie tylko: co? - Wiesz, Canis - mruknęła po chwili do psa wylegującego się na dywaniku przy łóżku. - Wpadł mi do głowy dziwny pomysł...
Trin, Dzięki za ostatni list. Jak słusznie się domyślasz, spędzam wakacje w cudownej, sielskiej atmosferze. Oczywiście, w trakcie roku szkolnego matka wyrzuciła z mojego pokoju tyle gryfońskich akcentów, ile tylko zdołała. Udało jej się nawet zdjąć ten boski transparent od Jenny - a głowę dałbym sobie uciąć, że dobrze rzuciłem to pieprzone zaklęcie... Pewnie więcej nie zobaczę tego cuda - o ile wiem, Stworek już dość dawno go zniszczył. Jakby tego było mało, moje urocze kuzynki znów wpadły w odwiedziny, wyobrażasz to sobie? Towarzyszy im oczywiście nasz kochany Lucjusz Malfoy, który korzysta z każdej okazji, by podlizać się ojcu (pewnie szuka ciepłej posadki w Ministerstwie). Żebyś widziała, jak wraz z Narcyzą i Bellatrix zachwyca się Regulusem! Mnie na szczęście zdają się nie zauważać (przynajmniej mam względny spokój), zresztą sam staram się nie rzucać w oczy. Większość czasu spędzam gadając z Andromedą, więc oboje nareszcie mamy szansę na rozmowę z kimś normalnym. Naprawdę mi jej żal - przy jej siostrach Króliczek jest śmiesznie niegroźny. Ale dość o moich kłopotach - co u Ciebie? Mam nadzieję, że Ty bawisz się lepiej niż ja. No i co z Canis? Z tego co pamiętam, Twoja babcia nie była zachwycona pomysłem przyjęcia jej do siebie... Trzymaj się! Syriusz
Hej! Stary, pozazdrościć doborowego towarzystwa! Nie ma to jak po dziesięciu miesiącach użerania się ze starym Trujakiem, Rictusową i Smarkerusem zażywać słonecznych kąpieli w towarzystwie młodocianych śmierciożerców. Ale nie zamieniłabym się z Tobą, hehe. Wyrazy współczucia. Jeśli to w jakiś sposób poprawi Ci nastrój (jasne...), to powiem tylko, że szkoła już niebawem. “Nie była zachwycona”? Pozwól sobie przypomnieć, że groziła mi wyrzuceniem z domu! Widocznie od Bożego Narodzenia dziadek zdołał ją jednak przekonać, bo kiedy odbierała mnie z dworca, zachowywała się tylko trochę oschlej niż zwykle. A potem zdarzył się cud. Canis wystarczył tydzień, żeby owinąć ją sobie wokół pal... no, łapy. To znaczy, babcia oczywiście nie stała się nagle jakaś straszliwie wylewna, ale widać, że ją polubiła. Od czasu do czasu to ona wychodzi z Canis na spacer, a nawet zdarza jej się podrapać ją za uszami. Coraz częściej łapię się na tym, że jestem o to zazdrosna. Nie wiem tylko, czy bardziej boli mnie, że babcia polubiła Canis, czy to, że Canis polubiła babcię. Właściwie, może i dobrze się stało - przynajmniej mam pewność, że będą się dogadywać, kiedy wrócę do Hogwartu (mówiłam Wam chyba, że to nasze kochane, wielkie bydlę jest już zbyt duże, żebym mogła zabrać je ze sobą? Niestety - przepisy jakie są, każdy widzi i nawet Dumbleodre nie może nic zrobić!). Może mi się wydaje, ale ostatnio i moje stosunki z babcią układają się trochę lepiej. Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy potrafiły normalnie porozmawiać. No, to tyle ode mnie. Oczekuję szczegółowych raportów z poczynań Twoich uroczych kuzynek! I nie daj się Malfoyowi! Trino
Francesco Trinae salutem dicit* S.t.v.b.e.e.v. Zastanawiałaś się kiedyś nad karierą wróźbitki? Bo jesteś całkiem dobra w przepowiadaniu przyszłości. Emily ostatecznie mnie rzuciła. No, śmiało. Kopnij leżącego i powiedz: “a nie mówiłam?”. Franc
Trino zaklęła głośno i przeczesała palcami czuprynę. Każdy list od Francesca krótszy niż na stopę był wskazówką, że coś jest nie tak. Te kilka niedbale nabazgranych zdań świadczyło o tym, że było bardzo nie tak. Nie namyślając się, pobiegła do kuchni. Rozpaliwszy ogień w kominku, wzięła garść proszku Fiuu z miseczki stojącej na gzymsie i uklękła. Teraz wystarczyło tylko dokładnie wypowiedzieć adres, rozsypać proszek i wsunąć głowę w płomienie. W przestronnym salonie rodziny Rovanellich na pierwszy rzut oka nikogo nie było. Dopiero po chwili zza oparcia kanapy wychyliła się jakaś dziewczyna; nieznajoma miała długie, czarne włosy, piwne oczy i rysy twarzy, które utwierdzały Trino w przekonaniu, że oto ma przed sobą siostrę Franca - zapewne nieco młodszą. - Cześć - zagadnęła Riddle. - Jestem Trino, przyjaciółka Francesca. Zastałam go w domu? Dziewczyna podniosła się z kanapy, uśmiechając się niezręcznie. - Vittoria - przedstawiła się. - Słuchaj, nie chcę być niemiła, ale mój brat nie chce z nikim rozmawiać od kiedy... no... - Tak, wiem o co chodzi - przerwała jej Trino. - Właśnie dlatego tu jestem. Martwię się o niego - wyjaśniła. Vittoria wzruszyła ramionami. - On i tak do ciebie nie zejdzie. Nie rusza się z pokoju od prawie tygodnia. - Cóż, nie przyszła góra do Merlina... - I nikogo nie wpuszcza - dodała brunetka. Jej rozmówczyni uniosła brew. - Ha! Niech tylko spróbuje mnie zatrzymać. Zaraz będę, dobrze? Zostawię tylko w domu kartkę, że wychodzę. - No... jak chcesz. - Vittoria nadal nie była do końca przekonana.
Riddle zapukała do drzwi. - Franc, to ja, Trino! Wpuść mnie! - Odejdź - odparł przyjaciel ponuro. - Nie łudź się, nie pójdę sobie dopóki mnie nie wpuścisz! - Nie potrzebuję twojej litości. Trino sapnęła ze zniecierpliwienia. - Za chwilę nie będę chciała tam wejść, żeby się nad tobą litować, tylko żeby skopać ci tyłek za głupie odzywki! - wrzasnęła, szarpiąc za klamkę. - Otworzysz, czy mam zrobić użytek z różdżki? - To nie było zbyt dyplomatyczne - szepnęła Vittoria, ale Gryfonka nie zwróciła na nią uwagi. - Francesco Rovanelli! - Znów szarpnięcie. - Albo natychmiast otworzysz te pieprzone drzwi, albo przysięgam, że zacznę śpiewać! Pełna grozy cisza spadła na dom rodziny Rovanellich niczym zwały bawełnianej przędzy. - Nie zrobisz tego - odparł po chwili Francesco. Nawet przez grube drzwi można było wyczuć, że nie był tego taki pewny. - Chcesz się założyć? - Trino zrobiła zadowoloną minę. Wiedziała, że już wygrała. - Mam nadzieję, że lubisz Celestynę Warwick... Rozległ się cichy szczęk zamka i drzwi do pokoju Franca uchyliły się nieco. Vittoria spojrzała na blondynkę z uznaniem, gdy ta znikała we wnętrzu twierdzy jej brata. - Pozwolisz, że pogadam z nim na osobności? - spytała tylko tamta, oglądając się na nią przez ramię. Włoszka skinęła głową, po chwili jednak odwróciła się na pięcie i pobiegła do siebie, po swoją nowiutką parę Gumowych Uszu. Po prostu musiała się dowiedzieć, kim tamta dziewczyna naprawdę była dla Francesca.
- Uch, wietrzysz tu czasem? - spytała Trino, po omacku szukając okna. Dopiero kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do panującej w pokoju Franca ciemności, udało jej się wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. - I zmieniłeś się w wampira, że żyjesz w takim mroku? Dopiero kiedy rozsunęła zasłony i odwróciła się od okna, spostrzegła, w jak potwornym chaosie pogrążone było królestwo jej przyjaciela. Na biurku piętrzyły się stosy brudnych talerzy, podłoga zasłana była książkami, przyborami szkolnymi i elementami garderoby, a pośrodku tego stało łóżko, w którym - pół leżąc, pół siedząc - tkwił Francesco. Twarz miał zmizerniałą, jego włosy zapewne nie widziały grzebienia od tygodnia, zaś skóra, zwykle w oliwkowym odcieniu, wyraźnie zszarzała - przez co faktycznie wyglądał nieco jak wampir. Mina, jaką w tamtej chwili prezentował światu, byla dość głupia, a pierwsze słowa, jakie wypowiedział, brzmiały: - Trin... co ty masz na głowie?!
- Nigdzie nie wychodzę! - protestował Francesco. - Oczywiście, że wychodzisz! - Trino była już naprawdę rozeźlona, a ośli upór przyjaciela bynajmniej nie poprawiał jej nastroju. - Nie mam zamiaru pozwolić, żeby pożarły cię bakterie z tych oto brudnych talerzy, które zdążyły już pewnie wymyślić koło i szczepionkę przeciw płynowi do naczyń, ani żebyś spędził resztę wakacji jak jakiś pustelnik. Pójdziesz po dobroci, czy mam cię wyciągnąć siłą? - Niech ci będzie - odparł zrezygnowany Włoch. - Jeśli cię to w jakiś pokrętny sposób uszczęśliwi, to pójdę. Ale jeżeli mam wygrzebać się spod tej kołdry, najpierw ty musisz wyjść. Albo przynajmniej się odwrócić. - Eeee... a to dlaczego? - Hmmm... bo nie mam spodni?
Vittoria czmychnęła do swojego pokoju na kilka sekund przed tym, jak drzwi do pokoju jej brata otworzyły się po raz drugi. Chowając Gumowe Uszy pod łóżkiem, pobieżnie przeanalizowała fakty. No dobra, on jeszcze kilka dni temu miał dziewczynę... Z drugiej strony, od kiedy ta cała Emily postanowiła zerwać znajomość, Franc wpuszczał do pokoju tylko mamę, i to tylko po to, żeby przynosiła mu posiłki. A apetyt miał jeszcze większy niż zwykle, tak swoją drogą. - Eee, chyba nic z tego nie będzie - zawyrokowała po chwili. - Kazał jej się odwrócić.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Co prawda korony gęsto rosnących drzew przepuszczały jeszcze ostatnie nieśmiałe promyczki, dzięki którym w parku wciąż było w miarę widno, jednak wieczorny chłód zaczął już pomału wyganiać zmarzniętych spacerowiczów. Francesco zatrząsł się z zimna. Mieszkał w Anglii od blisko dziesięciu lat, ale nadal nie przyzwyczaił się do klimatu - znacznie uboższego w wysokie temperatury niż w jego ojczystej Italii. - Wracajmy, bo zamarznę - powiedział, uśmiechając się niemrawo. Trino skinęła głową, patrząc na niego ze zrozumieniem. Droga powrotna minęła im w milczeniu, tak samo zresztą jak większość spaceru. - Może wstąpisz na kolację? - zaproponował Franc, kiedy stanęli wreszcie przed domem Rovanellich. Trino pokręciła przecząco głową, uśmiechając się lekko. - Dzięki, ale muszę już lecieć do domu. Babcia wyszła do znajomych... tak, ona naprawdę ma znajomych, a ktoś musi wyprowadzić Canis na spacer. Ale chętnie skorzystam z kominka - przyznała. - W takim razie musimy po cichu przemknąć się do salonu tak, żeby nikt nas nie zauważył - odparł Krukon, nagle nieco się ożywiając. - A zwłaszcza mama. Bo jeżeli się na nią natkniemy, po prostu będziesz musiała zostać na kolacji. - Więc... co proponujesz? - Wyjście jest jedno - oznajmił dramatycznie. - Układ z Vittorią. Trino uśmiechnęła się w duchu. Wszystko wskazywało na to, że stary, dobry Francesco był na najlepszej drodze do rychłego powrotu. W końcu tak nie zachowywał się człowiek przeżywający rozstanie z dziewczyną.
Jak dowiedziała się Trino, Vittoria właśnie o tej porze wracała z treningu karate. I rzeczywiście - po chwili siostra Franca wyłoniła się zza zakrętu, wymachując workiem na strój. - Ej, sorella**! - zawołał w jej stronę brat. - Czegóż znów pragniesz ode mnie, o cudownie ozdrowiały? - spytała kurtuazyjnie dziewczyna, znalazłszy się pod drzwiami. - Chcę złożyć ci propozycję nie do odrzucenia. Brunetka przyjrzała mu się badawczo. - W sensie, tak intratną, czy tak bardzo będzie bolało, jak się nie zgodzę? Francesco udał, że nie usłyszał tego komentarza. - Za utrzymanie całej rodziny z dala od salonu na co najmniej pięć minut dam ci łajnobombę - zaproponował. Vittoria uniosła brew. - Trzy - zażądała. - Dwie. - Stoi. Interesy z tobą to czysta przyjemność, fratello.
Rozległ się donośny huk, któremu towarzyszył przeciągły wrzask. - Jak doliczę do dziesięciu, wchodzimy - mruknął cicho Francesco, nasłuchując dalszych odgłosów dobiegających z domu. Trino skinęła głową. Po chwili oboje byli już w salonie. Blondynka podeszła do kominka i zaczerpnęła ze stojącego na gzymsie naczynia garść proszku Fiuu. - Dzięki, że przyszłaś. - Włoch uśmiechnął się blado. - Dobrze mi to zrobiło. Nawet przez chwilę zapomniałem o... no, wiesz. Gryfonka położyła mu dłoń na ramieniu. - W końcu od tego ma się przyjaciół - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Daj znać, jak będziesz chciał pogadać... albo powłóczyć się po parku - dodała z uśmiechem. - Jasne. - Trzymaj się, stary. - Na razie.
- A tak właściwie, po co wam było to pięć minut? - chciała wiedzieć Vittoria, kiedy pani Rovanelli ostatecznie zrezygnowała z prób wmuszenia najmłodszemu synowi czwartej dokładki. - Nie mieliście dość prywatności na spacerze? Francesco zmierzył siostrę badawczym spojrzeniem. - Czy ty znowu próbujesz mnie swatać? Gdyby nie złośliwe błyski w oczach, dziewczyna wyglądałaby jak uosobienie niewinności. - Kto, ja? Nieee...
Wychodząc z kominka, Trino niemal nadepnęła na wygrzewającą się przy ogniu Canis. Pies otworzył jedno oko i pacnął ogonem o ziemię w ramach powitania. - Wstawaj, idziemy na spacer. Canis rzuciła jej monooptyczne spojrzenie mówiące “sama sobie idź”, po czym zamknęła oko. - Tylko bez takich. Idziemy - powtórzyła dziewczyna z naciskiem. Zwierzę podniosło łeb, ziewnęło przeciągle i wreszcie podniosło się sprzed kominka - nie bez ociągania. Po powrocie do domu zastały dobijającą się do okna kuchennego sowę trzymającą w dziobie “Proroka Wieczornego”. Trino czym prędzej wpuściła ją do środka, mając nadzieję, że stukanie nie obudziło dziadka, który zawsze kładł się bardzo wcześnie. Zapłaciwszy doręczycielce i wypuściwszy ją na zewnątrz, od niechcenia przejrzała dziennik. Jej uwagę przykuło zdjęcie unoszącej się w powietrzu widmowej czaski z wężem w miejscu języka, którą coraz powszechniej nazywano już “Mrocznym Znakiem”. Ludzie zwykle wymawiali tę nazwę pełnym lęku szeptem - niemal dało się słyszeć wielkie litery. Dziewczyna westchnęła ciężko i zaczęła czytać. Więc kto tym razem?
Żaden człowiek w Wielkiej Brytanii - niezależnie od statusu krwi czy wieku - nie może już czuć się bezpiecznie. Serie ataków skierowanych przeciwko czarodziejom i mugolom, które łączy pozostawiona na miejscu zbrodni mrożąca krew w żyłach “wizytówka” sprawców od dawna spędzają sen z powiek wielu z nas. Jak się okazuje, poplecznicy czarnoksiężnika znanego jako Lord Voldemort znów uderzyli, nie mając litości nawet dla nieletnich czarodziejów. Jak wynika z ostatnich wypowiedzi rzecznika Ministerstwa Magii Alana Cumbersona, owa grupa przestępcza - nazywająca siebie śmierciożercami - jest odpowiedzialna nie tylko za liczne morderstwa oraz doprowadzenie kilkunastu osób do szaleństwa za pomocą zaklęcia Cruciatus, lecz także wcześniejszą serię tajemniczych zniknięć i porwań. Oczywiście, władze mugolskie zostały powiadomione o powadze sytuacji - mówi Cumberson. - Ministerstwo apeluje też o zachowywanie niezbędnych środków ostrożności opisywanych w nowej kampanii informacyjnej. Jednak nie ma powodów do paniki - aurorzy dzień i noc pracują nad rozbiciem tej groźnej szajki...
- Ha, ale czy coś już zdziałali to nie mówisz, cwaniaku - warknęła Riddle ze złością, po czym przeszła do kolejnego akapitu.
Tym razem wybór czarnoksiężników padł na Fogtown w pobliżu Luton oraz Little Huntington pod Reading. Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16). Ministerstwo Magii zapewnia, że stosunkowo niewielka odległość dzieląca obie miejscowości od Londynu...
Trino zamrugała gwałtownie.
Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16).
Ofiarami ataków stały się rodziny Parkerów oraz Barkerów - w tym także ich nieletni członkowie: Cornelia (16) i Juliette (14) Parker oraz David Barker (16)...
Gazeta wypadła jej z rąk. O, Boże. Oczywiście, wieść o śmierci Cornelii i Juliette była straszna. Mimo, że Trino była z nimi w stosunkach ledwo koleżeńskich. Ale... Nie Rzeżyszer. Nie teraz.
- To musiało się zdarzyć wtedy, kiedy byliśmy w parku. Dziwne - pomyślała. Wiedział, że to ja. Podeszła kilka kroków bliżej, stając tuż za przyjacielem. - Mieszkam dwie pieprzone wioski stąd. Mogli trafić na nas. Westchnęła głęboko; gdy wzięła kolejny wdech, jej nozdrza wypełnił roztaczający się wokół zapach ziemi, którą zasypano grobowiec. Miała dziwne wrażenie, że to nie było w porządku. Dzień był zbyt ciepły i słoneczny, zapach ziemi - nadto świeży i przyjemny, ptaki śpiewały za głośno. Świat funkcjonował dalej, jak gdyby nic sobie nie robił ze śmierci kilku kolejnych ludzi. To była w końcu tylko jedna z niezliczonych osobistych tragedii. A świat nie był osobisty. To dlatego pogoda nie zawsze była odpowiednia do sytuacji. To dlatego niektórzy dostawali swoją nastrojową ulewę, a niektórzy nie. - A ja co robiłem, kiedy mój najlepszy przyjaciel walczył o życie? Robiłem, kurwa, wielką tragedię, że mnie dziewczyna rzuciła. Położyła mu rękę na ramieniu. - Skąd mogłeś wiedzieć, Franc? Skąd my mogliśmy wiedzieć? Włoch milczał, tępo wpatrując się w płytę nagrobka. - A nawet gdybyśmy wiedzieli, nie moglibyśmy mu pomóc. Nawet z naszą pomocą Barkerowie nie daliby rady tym sukinsynom. - Wzdrygnęła się, gdy Francesco odwrócił gwałtownie głowę, patrząc na nią ze złością. - Chcesz powiedzieć, że tak jest lepiej, bo przynajmniej nadal żyjemy? - spytał napastliwie. Zmrużyła oczy, odwzajemniając wrogie spojrzenie i szykując się do walki na słowa. Po chwili jednak zdołała się opanować i powiedziała: - Chcę powiedzieć, żebyś się opamiętał, bo to nie twoja wina, że David nie żyje. Po raz pierwszy tego dnia Krukon spojrzał jej prosto w oczy. Na jego twarzy malowała się mieszanka strachu i wyrzutów sumienia. - Widzisz, Trin - szepnął. - Problem w tym, że to właśnie moja wina. - Co ty wygadujesz? - niedowierzała. Franc rozejrzał się nerwowo dookoła. Kilku z dalszych krewniaków Barkerów wciąż stało parę kroków od nich, zwlekając z udaniem się na stypę. W pobliżu kręciło się też kilkunastu uczniów Hogwartu - w większości dawnych członków “Akromantuli” - a także Anna Dibbler, dziewczyna Davida. Francesco chwycił przyjaciółkę za ramię i, oglądając się za siebie, odciągnął ją kawałek w stronę starej części cmentarza. - Wiesz, że Emily pasjonowała się wróżbiarstwem - powiedział. - Pamiętasz, jak ci opowiadałem, że miała te... dziwne sny? Zmarszczyła czoło, przyglądając się badawczo rozmówcy. - Te, które uważała za prorocze? Ale przecież mówiłeś, że to bzdury... - Nieważne, co mówiłem - przerwał jej ostro. - Ważne, że Emily przewidziała to, co się stało. Przewidziała, że David i jego rodzice zginą. Czy wiedziała o Cornelii i jej siostrze, nie mam pojęcia. Ale koniecznie chciała, żebym ostrzegł Dave’a... - jęknął, zwiesiwszy głowę. - A ja jej nie uwierzyłem. Gorzej, wyśmiałem ją. - O, Boże. - Trino zakryła usta dłonią, patrząc na niego z przerażeniem. - I to dlatego wy... ona... Francesco skinął głową, przygryzając wargę. - Chodź tu, stary - szepnęła, przytulając go mocno. Włoch odwzajemnił uścisk. - Wiesz co? - spytała po chwili. - Chyba musisz się napić.
- Dzięki, że pozwoliłaś mi wypić tylko jedną Ognistą - mruknął, choć z jego tonu można było wyczytać, że wcale nie był z tego powodu szczęśliwy. Dziewczyna uśmiechnęła się blado. - Mówiłam, że jeszcze mi za to podziękujesz. Właśnie, nie sądzisz, że to dziwne, że ten barman w ogóle sprzedał nam coś mocniejszego od kremowego? Bez sprawdzania, czy jesteśmy pełnoletni? - Mówisz o Jacku? - Tym razem to on się uśmiechnął. - Daj spokój, on mnie zna, często chodziłem do tego baru z... - Urwał nagle, przełykając ślinę i wsadzając ręce do kieszeni spodni. - No, jak tu bywałem. - Tym bardziej nie powinien ci nic sprzedawać - powiedziała szybko Trino, szczerząc zęby. - Niech to szlag, muszę lecieć, bo nie zdążę na świstoklik do Carlisle. Wyjdziesz stąd ze mną, bo inaczej zostaniesz pewnie do rana. - Nie zważając na protesty przyjaciela, dziewczyna chwyciła ga za rękaw i wyprowadziła z lokalu, rzucając barmanowi zapłatę. - Daj znać jak będziesz czegoś potrzebował - poprosiła, kiedy znaleźli się na zewnątrz. - To znaczy, tak czy siak pisz. Włoch skinął głową. - Jasne, ale ty też mogłabyś częściej wysyłać sowy. Chcę wiedzieć, co słychać w Cumbrii. - Nie wymagaj zbyt wiele od Artemidy, nie tak łatwo przelecieć nad całą Anglią. Ale będę pisać. - No to... do zobaczenia. - Trzymaj się, stary. -Trin? -Tak? - Dziękuję.
* *
Trino ustawiła swój wózek z bagażami w odległości kilku kroków od barierki dzielącej perony dziewiąty i dziesiąty, i rozejrzała się dyskretnie, sprawdzając czy żaden z tłoczących się na dworcu mugoli na nią nie patrzy. Już miała ruszyć w stronę przejścia na peron numer dziewięć i trzy czwarte, gdy usłyszała głos babci: - Muszę już iść, za godzinę przychodzi hydraulik, a powinnam jeszcze posprzątać. W końcu nie chcemy, żeby natknął się na cokolwiek magicznego. Trino zmarszczyła brwi. - Hydraulik? A nie można załatwić tego... normalnie? - To trzeba było powiedzieć, że jesteś dobra w zaklęciach technicznych - powiedziała z wyrzutem babcia. - Bo ja nie jestem, a dobrze wiesz, że Thadeus nie może się przemęczać, zresztą przecież zgubił swoją różdżkę... A ty absolutnie nie masz pojęcia, gdzie ona jest, no nie? - pomyślała dziewczyna, ale uznała, że lepiej nie mówić tego głośno. - Poza tym - dodała Elizabeth już cieplejszym tonem - młody Todd będzie miał okazję zarobić parę funtów, a Brownowie potrzebują pieniędzy... no i mam pewność, że on nie przepije wszystkiego w pubie, nie to co ten stary pijak Jenkins... - Tak, wiem - uśmiechnęła się Riddle. - Todd zawsze był w porządku. No to leć, żebyś zdążyła pochować ten marynowany żabi skrzek zanim przyjdzie. Babcia spojrzała na nią uważnie. - Chyba już sobie poradzisz, prawda? Gryfonka przewróciła oczami. - Oj babciu, to mój piąty rok! Chyba jakoś dam radę dostać się na peron, nie sądzisz? - No dobrze, już dobrze - mruknęła kobieta. - Pamiętaj, żadnych wygłupów, żadnego włóczenia się po nocach... - Zaczyna się - westchnęła cicho Trino. Właściwie, nie powinna narzekać - niekończące się babcine litanie i tak były łatwiejsze do zniesienia niż “ciche dni”. - ...Bonnie mówiła, że w tym roku będzie bal noworoczny... - Tak, ale pozwól, że sama wybiorę sobie sukienkę, babciu - przerwała. Nastała chwila ciszy. - No, jeżeli obiecasz, że to naprawdę będzie sukienka, to ostatecznie mogę dać ci wolną rękę - zdecydowała wspaniałomyślnie pani Froy. - Idę, bo nie zdążę z tymi porządkami. Napisz czasem do domu i... na litość, zrób coś z tymi włosami. Dziewczyna udała, że nie dosłyszała ostatniej uwagi. - Do zobaczenia, babciu - powiedziała. - Uściskaj ode mnie dziadka i Canis. - To... cześć. - Kobieta przez chwilę wyglądała, jak gdyby chciała przytulić wnuczkę, lecz zamiast tego odwróciła się na pięcie i odeszła. Trino uśmiechnęła się pod nosem, żwawym krokiem podchodząc do magicznej barierki. - Mogło być gorzej - stwierdziła, wchodząc na peron dziewięć i trzy czwarte. - Ciekawe, kiedy się zorientuje, że zabrałam wszystkie łajnobomby, prawda, Artemido? - dodała, szturchając lekko spoczywającą na kufrze klatkę. Siedząca w niej sowa zahukała z wyrzutem, otwierając jedno zaspane oko. Nie znosiła, kiedy ktoś przeszkadzał jej w zapadnięciu w przedpołudniową drzemkę. Tymczasem dziewczyna machała już do stojącego nieopodal bruneta w okularach, który zdawał się jej nie rozpoznawać. - Jimmy, nie wygłupiaj się! - krzyknęła wesoło, podchodząc do niego. - Mój Boże, Trin! - James Potter wybałuszył oczy. - Co ty... jak ty... wyglądasz jak... jak... - Jak ty? - podpowiedziała wesoło, szczerząc zęby i mierzwiąc swoje - znacznie krótsze niż zwykle - włosy, idealnie naśladując przyjaciela. - No nieee, przesadziłaś. - Chłopak wyglądał na urażonego. - Ja nie mam cycków. Ale muszę przyznać, że fryzurę masz prawie idealną. - Bo prawie taką jak twoja? - spytała z rozbawieniem. - Skąd wiedziałaś? Trino wybuchła śmiechem. - Dedukcja, mój drogi. Dedukcja. - Hej, Jim, nie mówiłeś, że masz siostrę bliźniaczkę! - zawołał z daleka ktoś z udawanym wyrzutem w głosie. Riddle i Potter odwrócili się, by zobaczyć machającego do nich Remusa, obok którego stali witający się ze sobą Syriusz i Peter. - Zaczekaj, zaraz was przedstawię! - odkrzyknął James, pchając swój wózek w ich stronę; Trino podążyła za nim. - Wiesz, o czym myślę? - spytała, gdy byli w połowie drogi. Oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenie. - No to na trzy - szepnął chłopak. - Raz, dwa... trzy! Na tę komendę oboje unieśli prawą rękę, w identyczny sposób czochrając sobie włosy - na co Remus zareagował atakiem histerycznego śmiechu. Dwóch pozostałych Huncwotów spojrzało nań ze zdziwieniem, nie znając przyczyny tego wybuchu wesołości, i dopiero wtedy dostrzegli kroczącą ku nim parę. Black wyglądał, jakby był w stanie skrajnego szoku. - Boże, Trino, zapuszczaj! - jęknął tylko. Dziewczyna wzięła się pod boki. - No, mi też miło cię widzieć - powiedziała z przekąsem.
__________________ Objaśnienia do listu: [ktoś] [kogoś] salutem dicit (łac.) - [ktoś] [kogoś] pozdrawia s.t.v.b.e.e.v. lub: Si tu vales, bene est; ego valeo (łac.) - jeśli ty jesteś zdrowy, to dobrze, jam zdrów; tymi słowami zwykle zaczynali listy starożytni Rzymianie ** sorella (wł.) - siostra fratello - brat
Pozdrawiam Trino trino-riddle 2009-04-12 22:21:10 skomentuj (10) |